Rok 1977. Krajowy jesienny rejs na Maciejewiczu
Kapitan: Janusz Narkiewicz
I of. Paweł Mensz, II of. Grzegorz Winiarczyk, II of. Aleksander Nebelski
Załoga: Krystyna Zawadzka, Krzysztof Lewandowski, Wojtek Dziankowski
Stojąc w porcie Władysławowo w nocy 15.10.1977 żeglarze z Maciejewicza usłyszeli wzywanie pomocy - tuż za falochronem osadzony został na gwiazdoblokach jacht „Centaur” z Jacht Klubu Marynarki Wojennej. Niezwłocznie rzucili się na pomoc, udało im się za pomocą lin i sieci uratować pięciu przemarzniętych żeglarzy z „Centaura”. Później do akcji włączyli się także miejscowi rybacy i statek ratowniczy „Halny”.
Załoga Macaja dostała podziękowania na piśmie i plakietki od Marynarki Wojennej oraz odznaki „Zasłużony dla Żeglarstwa Polskiego” od PZŻ. Opublikowane w gazetach informacje o medalach i przebiegu akcji były mocno nieprecyzyjne...
Medali od Marynarki Wojennej wcale nie dostaliśmy, tylko oficjalne podziękowania na piśmie - wspomina Paweł Mensz - i takie miedziane platery, co to się wiesza na ścianie.
Wspomina Alek Nebelski:
Rejs był w październiku, wyjście jak zwykle z Gdyni, ciężki sztorm zmusił nas do szukania schronienia we Władysławowie. Staliśmy w tzw. awanporcie, przy kei odchodzącej od falochronu. Późny wieczór, siedzimy w mesie – i nagle słyszymy rakiety, wyskakujemy – są czerwone race, zaraz blisko za falochronem. Pędzimy – w ciemności widać, że jakiś jacht leży tuż za falochronem na boku, dziobem w morze, kolejne fale wpychają go na gwiazdobloki, chroniące falochron we Władziowie od zewnątrz. Na burcie leżącego prawie poziomo jachtu są ludzie, wzywają pomocy. Pędzimy na Macaja i wracamy z linami, dużo długich lin. Rzucamy je wszystkie na Centaura, jedna chyba była z kołem. Oni łapią te liny, pierwszy z załogi wiąże linę wokół siebie, wskakuje do wody, a my z falochronu go wyciągamy. Ale, coś nie gra: oni dostali szereg lin, przywiązali je do swojego relingu, i nic, czekają. Gdy wyciągnęliśmy pierwszego z ich załogi, znów rzucamy tę samą linę, kolejny załogant się wiąże, skacze do wody, i my go wyciągamy – ale pozostałe liny, które podaliśmy, bezużytecznie wiszą na relingu, a przecież można było pracować nimi jednocześnie! (...) Wyciągamy po kolei następnych załogantów, reszta stoi i czeka, a kolejne fale zalewają jacht i pchają Centaura na gwiazdobloki. Któraś z fal w końcu zmywa ludzi z pokładu, jak się okazało, nie byli oni do niczego przywiązani – nie pamiętam, dwóch czy trzech... Wśród uratowanych był m.in. kapitan Centaura, który jak się okazało, wcale nie opuszczał jednostki jako ostatni… Jakoś pod koniec akcji pojawili się miejscowi rybacy, którzy zaczęli nam pomagać w wyciąganiu. Już po wszystkim pojawiło się PRO i zabrało tych, których wyciągnęliśmy. I dobrze, bo byli przemoknięci i zmarznięci, a my na pewno nie mielibyśmy im jak pomóc.
Jaki błąd kapitana Centaura sprawił, że wylądowali na gwiazdoblokach? Idąc z NW z morza do Władziowa – trzeba dopłynąć do boi podejściowej i dopiero iść na port. Oni zapewne, gdy zobaczyli światła (główki) portu, poszli na skróty, a tam od zachodniej strony są mielizny – no i wylądowali na mielu, a potem fale zepchnęły ich na gwiazdobloki falochronu. Od tamtego tragicznego wieczoru zawsze pilnuję zasady, chyba nawet jako najważniejszej w moim żeglarskim życiu, żeby iść najpierw na boję naprowadzającą, a nie na żadne skróty, zresztą, od wtedy wcale już nie lubię Władysławowa (...). Bo była duża szansa, duża szansa na uratowanie wszystkich – to był błąd ze strony ich kapitana, że załoganci nie byli przywiązani do np. relingu, i że nie skorzystali ze wszystkich lin, które im podaliśmy, tylko używali ciągle jednej. Komunikacji głosowej nie mieliśmy z nimi żadnej. Kapitan Centaura, z tego co potem słyszałem nieoficjalnie, był na liście potencjalnych polskich kosmonautów; oczywiście potem wypadł z tej listy.
S/Y Centaur był jachtem Jacht Klubu Marynarki Wojennej Kotwica. MarWoj odznaczył potem nas wszystkich z Macaja, nie pamiętam już, jakimi odznaczeniami, ale najważniejsze z mojego punktu widzenia, a byłem wówczas opiekunem jachtu, odpowiedzialnym za jego remont i przygotowanie do sezonu, było to, że Kotwica wzięła Macaja do siebie do hangaru, gdzie można było pracować przed następnym sezonem. Potem zresztą, na tej samej fali zaprzyjaźniłem się z CWM ZHP i ówczesnym komendantem, Wiktorem Leszczyńskim (lubimy się do dzisiaj), i Macaja remontowaliśmy w hangarze CWMu. Mój artykuł o tej akcji został opublikowany – nie pamiętam: w Polityce czy w Kulturze?




Komentarze
Prześlij komentarz