Leszek Kosek

 Rejsy Leszka Koska


Leszek działał w filii WYC-u na ASP, współpracował przy budowie jachtu s/y Konstanty Maciejewicz i organizacji Pierwszej Studenckiej Wyprawy Oceanicznej Dookoła Ameryki Południowej.

1972/3 – rejs na Maciejewiczu z opłynięciem przylądka Horn ze wschodu na zachód.* Horn

1974 - prowadził rejs na Maciejewiczu Gdynia - Helsinki - Sztokholm - Gdynia.*

- wspólnie z Markiem Grychczyńskim (też po ASP) zbudował stalowy jacht s/y Horn. Jachtem tym Marek z załogą przed grudniem 1981 wypłynął z kraju i pożeglował na Karaiby i Pacyfik (nastepny egzemplarz jachtu Hoorn opisal Maciej Roszkowski na swojej stronie https://www.mospan.pl/hoorn/dane_techniczne.html ).

1984 - Leszek przejął Horna w San Francisco i z Jackiem Lilpopem i 3 żeglarzami wyruszył na Pacyfik. Trasa wiodła z San Francisco (VII84) przez Markizy (Nuku Hiva 3VIII84) i Tuamotu (atol Raroia) do Papeete na Tahiti. Dalej już w innym składzie popłynęli do Neiafu (Tonga, wyspa Vava'u 25X84) i na Vanuatu (dawniej Nowe Hebrydy - patrz Wspomnienia). Do Sydney weszli 27XII84.* rejs jachtu Horn

1985 - Po przeczekaniu okresu cyklonów 27V85 Leszek Kosek ruszył na Hornie w nowy rejs trasą: Port Vila (Vanuatu, wyspa Efate), Port Sandwich i Norsup (Vanuatu, wyspa Malekula), dalej z Port Vila do Suva na Fiji i do Apia na Samoa, potem znowu Neiafu (Tonga, wyspa Vava’u) i port Opua, leżący w Bay of Islands (Nowa Zelandia, North Island 4XII85).

1986 - Wyjście z Opua do Auckland (20V85), potem znowu do Port Vila na Vanuatu, dalej Port Sandwich i Port Stanley (Vanuatu, wyspa Malekula), Louganville i Palikulo Bay na wyspie Espiritu Santo, także w Vanuatu. Stąd Leszek pożeglował do Noumea na Nowej Kaledonii, a następnie do Sydney, dokąd zawinął 2 października 1986r. 

 Leszek osiadł na stałe w Australii, a po kilku miesiącach jacht został sprzedany. 

 


– To były dawne czasy, mój sprzęt fotograficzny składał się z kamery 35 mm Zorka 5 i 4x8 cm kamery Bessa-Voigtlander z roku 1930. Tak, że nie robiłem żadnych zdjęć na morzu, czekając na lepsze czasy na lądzie. Ja umiem osiodłać konia, zaprząc go do powozu, odstrzelić kangura, przejechać pojazdem 4x4 poprzez wydmy pustyni Simpsona – ale walka z elektronicznymi urządzeniami typu program komputerowy to zabawa nie dla mnie – wyznaje Leszek Kosek. Jego rejsy zostały przedstawione poniżej na mapie Pacyfiku. 

* - patrz strona rejsu.



1984 Wspomnienia Leszka Koska z rejsów na S/Y Horn po płd. Pacyfiku. 1985 . 1986 

 O archipelagu Vanuatu – dawnej kolonii Anglo-Francuskiej (tzw. Condominium of New Hebridies – czasami nazywane “Pandemonium Anglo-Francuskie) czytalem dawno temu, jakies kilka lat przed moim wyjsciem w ten rejs po Pacyfiku, w magazynie “National Geographic”. W artykule opisywana byla wyspa Malekula, na ktorej zyly dwa plemiona – Male Nambasy (Small Nambas) i Wielkie Nambasy (Big Nambas). Pokazano na zdjeciach i opisano, jak to czas zatrzymal sie tam jakies 100 lat temu !!! Nalezalo wiec zobaczyc to na wlasne oczy, zanim wspolczesna cywilizacja zacznie tam zaprowadzac swoje nowo-modne, polityczne i technologiczne porzadki!! W moim pierwszym rejsie po Pacyfiku, po wyjsciu z Tonga zawinalem do Port Vila, stolicy Vanuatu, polozonej na wyspie Efate, zeby dokonac koniecznych procedur imigracyjnych i celnych, ktore to umozliwily mi poruszanie sie po wszystkich wyspach Vanuatu w okresie waznosci mojej wizy bez potrzeby meldowania sie na kazdej z nich. W Port Vila poznalem Kapitana Macieja Bochenskiego (“Kaptan Maczi” - w miejscowym dialekcie) – weterana Polskiej Marynarki Wojennej , ktory po zakonczeniu Wojny wyemigrowal do kolonii na owczesnych Nowych Hebrydach. Kapitan Maciej opisal wtedy dokladnie, jak nawigowac po tych wyspach i podarowal mi swoje recznie rysowane mapy niektorych zatok “tu i owdzie”. Stworzyl on na Nowych Hebrydach Urzad Hydrograficzny, postawil boje, tyki itp. pomoce nawigacji terrestrycznej, jako ze posiadal tam wlasna flote handlowa – bylo to male prywatne przedsiebiorstwo zeglugowe, kilka malych statkow zeglugi przybrzeznej tzw. copra-schooners. Kapitan byl na Vanuatu bardzo znana osobistoscia, zorganizowal tam nawet szkole pilotow nawigacyjnych ! Po wyjsciu z Port Vila zaplynalem najpierw do Port Sandwich na wyspie Malekula i nawiazalem moje pierwsze kontakty z plemieniem Small Nambas, zamieszkujacym w kilku osadach-wsiach na poludniu wyspy. Small Nambas okazali sie bardzo goscinni i chetnie opowiadali o swoich obyczajach plemiennych i historii ich wyspy. Ostatni przypadek kanibalizmu w ich stronach miał miejsce nie tak dawno, bo w 1954 roku, w tym plemieniu, wiec pamiec o tym, jak smakuje “Dluga Biala Swinia” (“Long White Pig”), czyli wiadomo co, byla wciaz zywa, nawet wsrod mlodej generacji Small Nambas! Dosc duzo wedrowalem po siezkach w dzungli, odwiedzajac kolejne wioski - czasami trzeba bylo wycinac sobie droge maczeta, ale zawsze mialem wtedy miejscowego przewodnika, ktory wskazywal mi droge, organizowal lunch przy ognisku i uwazal, zebym nieswiadomie nie wchodzil na tzw. sciezki “tylko dla mezczyzn”, ktore prowadzily do miejscowego Domu tylko dla Mezczyzn – “House Nakamal”.

 

 House Nakamal to byla dosc starannie wybudowana chata strzecha kryta, w ktorej umieszczano pamiatki – maski itp. souveniry - ktore lepiono z gliny i pior ptakow itp. materialow na pamiatke zmarlych MESKICH czlonkow plemienia! Kobietom nie wolno bylo nawet zblizac sie do tego Nakamal-u, pod kara smierci!! Ja tez nie moglem tam zajrzec, bo choc bylem “man”, to jednak nie bylem wtajemniczonym czlonkiem plemienia Small Nambas. Jednak taka biurokratyczna przeszkoda nie powstrzymala miejscowych kaplanow tej swiatyni przed ubiciem jakiegos targu z bialym turysta! A wiec wyniesiono przed chate kilka takich pamiatek i zaproponowano ich ceny w miejscowej walucie - vatu, za ktore to vatu – oczywiscie w przyblizeniu w kazda strone! - moglem stac sie tych pamiatek wlascicielem. Wiec jak to – spytalem ich wtedy – to mnie nie wolno wejsc tam do srodka Nakamal, ale te pamiatki moga “wychodzic” na swieze powietrze i byc zatykane na plocie – na sprzedaz?? No bo wiesz, Ambat Les – Bogowie Bogami, ale ludzie zawsze potrzebuja troche vatu!!!! W efekcie takich negocjacji, wiele miesiecy potem rozmaite takie suweniry z Nakamal ladowaly w Muzeum Etnograficznym w Warszawie, do ktorego byly transportowane dzieki uprzejmosci kapitanow naszych statkow linii PLO. Kiedy zegnalem sie z plemieniem Small Nambas i powiedzialem, ze wroce do nich w nastepnym sezonie, wodzowie poprosili mnie, zebym im przywiozl prezenty z Australii – maczety i gliniane fajeczki!! Tak to moja pierwsza wizyta na wyspie Malekula zostalala uwienczona sukcesem. 

------

 Podczas postoju Horna w Sydney (od listopada 1984 do maja 1985) moim pierwszym zadaniem bylo przedluzenie wizy australijskiej, ktora uzyskana jeszcze w Warszawie opiewala na trzy miesiace. Przedluzenie jej o nastepne 3 miesiace nie bylo trudne, jako ze przekonalem wladze australijskie, ze musze przeczekac w Australii sezon huraganow na pld-wsch Pacyfiku. Wize przedluzono do maja 1985. Nastepna wazna sprawa to znalezienie jakiegokolwiek zrodla dochodu, bo nasze oszczednosci konczyly sie w zastraszajacym tempie! Jacht stal sobie spokojnie na darmowej bojce w zatoce Balls Head Bay w Sydney (na postoj w marinie nie moglismy sobie wtedy pozwolic). Z jachtu na lad plywalismy naszym dmuchanym pontonem marki Neptun, wyposazonym w silnik przyczepny marki Wieterok - made in USSR. Po jakims czasie postoju w Sydney okazalo sie, ze “Z calej zalogi jeden zostal zuch, chociaz wyplynelo ich z San Francisco dwa razy dwoch.. w butelce rum, w butelce rum..."! Lloyd odlecial do domu w Kaliforni, Manfred wrocil do Melbourne, a moj nawigator i mechanik postanowili pojsc przez zycie wlasnymi sciezkami, i jak sie to wtedy mowilo w PRL-u – “odstali od zalogi”.

 Ze znalezieniem pracy podczas tych 6 miesiecy pobytu nie bylo trudno, bylo wtedy dosc duze zapotrzebowanie na pracownikow budowlanych. Podczas postoju w Sydney oprocz zarobienia kasy na przyszly sezon zeglugi po Pacyfiku musialem przypomniec sobie cala wiedze astronawigacyjna. To znaczy nauczyc sie tej sztuki od podstaw, jako ze zdalem egzamin na Wielkiego tylko dlatego, ze podczas egzaminu siedzialem w jednej lawce z Michalem Szafranem, ktory pozwolil mi po cichu sciagnac wyniki obliczen i zadan spod jego prawego lokcia. Na szczescie moj dotychczasowy nawigator Darek pomogl mi “poprzypominac sobie” arkana astronawigacji, a i zaraz po wejsciu do Sydney spotkalem mieszkajacego tam kolege ze szkolnej lawy Antka, ktory po maturze i studiach w Szkole Morskiej w Szczecinie wyladowal w Sydney, a teraz szkolil mnie w tej sztuce - o moich pierwszych osiagnieciach w astronawigacji na Morzu Tasmana w 1985r. bedzie jeszcze mowa! Moje zarobki na budowach (kafelkarstwo, stolarka, wylewanie betonu, malowanie itp.) nie starczaly na przygotowanie jachtu do sezonu – slipowanie, malowanie kadluba antifoulingiem, remont silnika, zaopatrzenie w zywnosc i paliwo, przyszle oplaty portowe itd, wpadlem wiec na pomysl przypiecia na tablicy ogloszen w Sydnejskim Royal Yacht Club ogloszenia o tresci: “Poszukuje sie towarzyszy/czlonkow zalogi na 6-miesieczny rejs na Wyspy Pacyfiku, start – polowa maja 1985r., trasa do uzgodnienia, doswiadczenie w zegludze pelnomorskiej nie bardzo konieczne, ale pozadane. Oplata z gory za 6 miesiecy – 10 dolarow dziennie, kontakt – jacht Horn w zatoce Balls Head Bay albo telefonicznie (tu podany byl telefon domowy Antka)". Na wyniki ogloszenia nie czekalem dlugo – juz na pare tygodni przed ponownym wyjsciem na Pacyfik zglosili sie moi przyszli zaloganci. Gerd Sontag z Dusseldorfu w RFN, ktory zwiedzal Australie, postanowil pozeglowac ze mna w sezonie 1985. Gerd byl z zawodu mechanikiem silnikow Diesel'a, zostal wiec mechanikiem na Hornie. Francoise Mainguet z Paryza zostala czlonkinia zalogi, potem zglosilo sie dwoch mlodych Australijczykow, Josh z Traralgon z Wiktorii i Peter z Sydney. Cale to towarzystwo zasililo kase okretowa. Ponton marki Neptun wlasnie wyzional ducha i zostal zastapiony plastikowym baczkiem z dwoma wioslami, a od Manfreda z Melbourne dostalismy w prezencie maly silnik zaburtowy marki Johnson. Silnik Wieterok zostal sprzedany na pare dni przed wyjsciem na Ocean, ciekawe jak dlugo jeszcze cieszyl sie z tego nabytku jego nowy wlasciciel?

 Z Sydney wyszlismy w polowie maja 1985r. w kierunku Vanuatu. Zaraz na Morzu Tasmana, ktore nie cieszy sie slawa Morza Spokojnego, wiatry zawialy nam od dziobu, jakby na powitanie. Nastapila epidemia choroby morskiej, ktorej ulegli wszyscy moi zaloganci. Wtedy Kapitan zajal sie kambuzem i nawigacja, a pozostala czworka pelnila tylko wachty pokladowe na sterze i na oku. O ile moje machinacje garnkami, czajnikiem i patelnia okazaly sie sukcesem, to moja pierwsza pozycja “ze Slonca”, wypadla w poblizu stolicy Zambii!!! Po ponownych mozolnych obliczeniach okazalo sie, ze gdzies postawilem + zamiast - i ze jestem na srodku Morza Tasmana. Nalezalo poczekac, az zjawi sie jakis lad na horyzoncie, by zweryfikowac moje astronawigacyjne wysilki. Bo jakby nie, to zawsze mozna wykonac zwrot na zachod i trafic z powrotem do Australii, to przeciez bardzo duza wyspa i nielatwo ja ominac??? No, ale trzeba w siebie wierzyc i już po paru dniach ukazala sie na horyzoncie wysoka czarna skala – Balls Piramid. Jest to taka spiczasta wyspa - wysoki na kilkaset metrow wierzcholek jakiegos dawnego wulkanu. Od tego czasu bylo mi latwiej robic porzadne pozycje ze Slonca, co bylo na Pacyfiku latwiejsze, niz lapanie gwiazd po nocy!! W owych czasach nikt jeszcze nie slyszal o GPS-ach itp. wynalazkach. Sygnaly czasu odbieralem radiem codziennie z Forth Worth w Teksasie, a moj zegarek reczny byl juz wtedy cudem elektronicznej techniki - nie trzeba go bylo codziennie nakrecac! Po “zaoczeniu” Balls Piramid za pare dni ukazala sie nam wyspa Aneitu, potem Tannai, w koncu zaszlismy do Port Vila na wyspie Efate (Vanuatu), znanego z mojego poprzedniego pobytu. W Port Vila Peter, ktory mial dosc zeglowania po oceanach, postanowil wrocic do domu, wiec pozostalo nas tylko czworka. Po paru dniach odwiedzilismy znowu zatoke Port Sandwich, gdzie udawalismy sie z kolejnymi wizytami do wiosek Small Nambas, gdzie bylem witany jako stary znajomy! Podczas zeglugi po wschodnich wybrzezach odwiedzilismy takie miesciny jak Lakatoro i Norsup, oraz zatoke Port Stanley, ktorej recznie rysowana na kalce mape podarowal mi rok temu Kapitan “Maczi”. Zatoka ta okazala sie znakomita “hurricane hole”, czyli miejscem, gdzie mozna sie schronic przed nadciagajacym cyklonem – o ile w ogole ktos znajdzie sie na tych wodach w okresie cyklonow? Zatoka o promieniu okolo 100 m, dobre do zakotwiczenia muliste dno glebokosci 5-7 m, no i brzegi obrosniete grubym kozuchem mangrowcow tak, ze jakby jacht sie nagle urwal z kotwicy, to ladowalby wlasnie na tej mangrowcowej poduszce!! Kapitan Maczi wlasnorecznie postawil dwie tyki, ktore wskazywaly wejscie do tej malej zatoki, w czasach, gdy prowadzil tam zegluge kabotazowa. Zatoczka ta nigdy nie doczekala sie wlasnej mapy Admiralicji, jest po prostu zapomniana przez ta Instytucje. O ile Port Sandwich – druga tzw “hurricane Hole”, byl odkryty dawno temu przez Kpt. Cooka, to Port Stanley doczekal sie odkrycia dopiero przez Kpt. Maczi dopiero po II Wojnie. W Port Vila dolaczylo do naszej zalogi dwoch Amerykanow, jeden z Teksasu, a drugi z pochodzenia Indianin z plemienia Cherokee – jak nas poinformowal. Obaj wlasnie zwiedzali uroki wysp Pacyfiku i nadarzyla im sie okazja troche powloczyc sie jachtem po tej czesci swiata. Poniewaz konczyly nam sie wlasnie wizy turystyczne na Vanuatu, postanowilem pozeglowac na Fiji. I tu popelnilem niewybaczalny blad! Zamiast zejsc na pld. na sam polnocny brzeg zachodnich wiatrow i potem pozeglowac na pln. z pasatem z prawego baksztagu, zdecydowalem sie pozeglowac prosto z Port Vila do Suva na Fiji pod PRAD i WIATR! Po uplywie tygodnia halsowania pod wiatr nasze pozycje na mapie nie napawaly optymizmem. Ale kiedy juz wszyscy zaczelismy watpic w madrosc mojej decyzji i zaczalem rozwazac powrot to planu A, Neptun zlitowal sie nad nami i tak cos pokielbasil w pasacie, ze ten zaczal wiac z pln., a na drugi dzien z pld. Przyspieszylismy i po paru dniach bylismy u wejscia do Portu Suva na wyspie Viti Levu w archipelagu Fiji. I tu nastapil kolejny zgrzyt - kiedy poprosilem Gerda, zeby zapalil silnik, okazalo sie, ze nasze akumulatory sa rozladowane do zera!!!! O cholera! Nalezalo podniesc foka i grota i zaczac halsowke do nabrzeza. Wejscie do Suva to kopia wejscia do Kolobrzegu, tylko troche dluzsze. No, ale jakos sie tam dohalsowalismy i nawet udalo mi sie podejsc do nabrzerza “na jajo”!!! Z nabrzeza posypaly sie oklaski, a calej mojej zalodze szczeki opadly z hukiem na poklad!!  

Rok 1985. Wpis na pierwszej stronie dziennika pokladowego S/Y Horn.

  Postoj na Fiji byl bardzo przyjemny, zawarlismy wiele znajomosci z podobnymi do nas wloczegami morskimi, ktorzy tak jak my zwiedzali wyspy Pacyfiku. Wymienialismy miedzy soba mapy, ksiazki, informacje gdzie mozna dobic do prawdziwej kei, gdzie latwiej uzyskac wize Australii czy Nowej Zelandii itp. Byly to jachty pod banderami Hiszpanii, RFN-u, Wielkiej Brytanii, USA, Pld.Afryki, Kanady, Francji, Australii i Nowej Zelandii, wiele tych znajomosci trwalo przez nastepne lata! Na pozyczonym od kogos gumowym pontonie dokonalismy razem z Francoise splywu rzeka Ningatoka z polnocy wyspy na poludnie, przez caly srodek Viti Levu, z nocowaniem w tubylczej wiosce po drodze. Na wyspie Kandavu wprosilem sie na polowanie na dzikie swinie (polowanie z oszczepem, psami i mlodym synem mysliwego, ktory mial sluzyc jako przyneta?). Ale poniewaz opoznialem rytm polowania czesto zatrzymujac cale to towarzystwo, aby pstryknac kolejne zdjecie, wrocilismy do wsi z pustymi rekami. Z Suva poplynelismy na Zach. Samoa i zacumowalismy do nabrzeza w porcie/stolicy Apia na wyspie Upolu. Powodem decyzji byla prosba Gerdta, ktory bardzo chcial sprawdzic, czy zyja tam jeszcze jacys niemieccy kolonisci (Samoa byla kiedys kolonia niemiecka). Po dwoch dniach poszukiwan Gerdt nie znalazl zadnych sladow Kajzerowskiej kolonii - wszyscy kolonisci - jak sie dowiedzial od miejscowych - powymierali wiele lat temu. Ja w tym czasie odwiedzilem w Apia nagrobek niejakiego Roberta Louisa Stevensona, autora “Wyspy Skarbow” itp. ksiazek i poematow na “morsko-historyczne” tematy, wiec bedac tam niejako nalezalo sie zlozyc mu hold. 

 Tam tez w Apia poznalismy mlodego Nowozelandczyka, Jock’a z Wellington, NZ, ktoremu wlasnie konczyl sie kontrakt na obluge kopiarek m-ki Xerox. Zostal naszym kolejnym zalogantem, jak tylko dowiedzial sie, ze poplyniemy z Samoa na Tonga i do Nowej Zelandii. Jock zaprosil mnie na szybka wycieczke na sasiednia wyspe Saavai, gdzie mial troche znajomych tubylcow. Horn zostal pod swiatla opieka Gerda, Teksanczyka i Francoise, a my z Jockiem udalismy sie autobusem i promem na sasiednia wyspe do nadbrzeznej wioski, w ktorej mieszlkali jego znajomi. Jock obiecal mi, ze zobacze miejscowe obchody "Bialej Niedzieli”, takiego katolickiego swieta, o ktorym nic nie widzialem, mimo ze mam swiadectwo katolickiego chrztu jeszcze z Polski. Samoanczycy, jak zreszta wszyscy Polinezyjczycy, sa bardzo ale to bardzo chrzescijanscy! Spedzilismy w wiosce cos trzy dni, w ktorym to czasie dostalem propozycje malzenstwa od corki miejscowego Szefa Wioski?!?! Zach. Samoa jest demokracja parlmentarna, w ich Parlamecie zasiadaja TYLKO i WYLACZNIE wodzowie KAZDEJ wioski. Szybko okazalo sie, ze to wlasnie miejscowy wodz namowil jedna ze swoich corek, zeby zlozyla mi taka propozycje, bo jesli jej sie to uda, to wodz bedzie mial w swoim plemieniu BIALEGO ziecia, “Papalangi”. To bardzo ale to bardzo podniesie jego range w miejscowym parlamencie – no bo ktory z nich moze sie pochwalic, ze ma za ziecia “papalangi”, czyli bialego Europejczyka? Na pytanie, ktore zlozylem mojej ewentualnej narzeczonej - z czego bede zyl - odpowiedziala, ze jako ziec jej Ojca, od razu dostane na wlasnosc 1 acre gruntow i bede tam uprawial kasave!! Na moje spostrzezenie, ze ja sie nic a nic nie znam na uprawie kasavy, dama odpowiedziala, zebym sie o to nie martwil, bo Ojciec zaraz mi przyzna kilku mlodziencow, ktorzy sie na tym znaja. W ten oto prosty sposob bede mogl zarobic az 100$ USA, jak dwa razy do roku wyeksportuje z tej mojej dzialki taki plon kasavy do pobliskiego Amerykanskiego Samoa!! A gdy sie spytalem, czy jej Ojciec moglby mi przydzielic 10 razy wiecej tej ziemi i 10 razy wiecej tych pracownikow, zebym mogl zarobic 10 razy tyle, to najpierw zaniemowila, a potem szybko dodala – alez oczywiscie, nie bedzie z tym zadnego problemu, dlaczego my, Samoanczycy sami na taki pomysl nie wpadlismy, no widzisz, wy biali Papalangi macie do takich spraw glowe i rozum, nie dziwota, ze moj Tata bedzie zachwycony, jak sie uda to wszystko z tym malzenstwem i wtedy fortuny naszej wioski szybko wzrosna?? Slyszac o tej propozycji, Jock nie mogl zrozumiec, dlaczego ociagam sie z odpowiedzia? Czlowieku, pomysl tylko – bedziesz zyl w tropikalnym raju, w cieplym klimacie, sluchal szumu fal na przyboju w cieniu palm kokosowych i nic nie bedziesz musial robic!!! Raj na Ziemi! Przez jak dlugo? - padla na to moja odpowiedz - az do smierci, przez nastepne 80 lat. I mowisz mi przyjacielu, ze nie umre tu z nudow?? Szybko przekonalismy sie obaj o takich rzutach na tasme – pod tytulem “Ozenek z tubylka w tropikach“, kiedy to pare tygodni po wyjsciu z Samoa na Tonga, na Vavau poznalismy Kanadyjczyka - jubilera, i Amerykanina - producenta trumien i australijska rodzine, ktora prowadzila tam jachtowa stocznie remontowa.

 Po naszym powrocie z Saavai dolaczyl do zalogi John z Kalifornii. John szybko zyskal ksywe “Kalifornia”, by nie można go bylo pomylic z Teksanczykiem i innymi (wszyscy wtedy mielismy po 20-30 lat, byliśmy pelni zdrowia i energii). Tuz przed naszym wyjsciem z Apia w miescie odbyly sie ciekawe obchody! Otoz Nowa Zelandia, czlonek militarnego paktu ANZUS, oglosila, ze nie będzie wpuszczac do swoich portow okretow wojennych USA, chyba ze kapitan okretu oswiadczy, czy ma na pokladzie bron atomowa! Oczywiście Ameryka na cos takiego nie mogla się zgodzic. Wiezi ANZUS znacznie oslably i Nowa Zelandia zaczela szukac na Pacyfiku nowych sojusznikow. Wybor padl na Samoa i do Apia wplynal nowozelandski niszczyciel Wellington nr 414 (dla zmylenia przeciwnika, bo NZ miala tylko dwa takie okrety: HMNZS Wellington i HMNZS Waitangi nr 104), by odbyc wspolne manewry. Ale okazalo się, ze Samoa nie posiada zadnej floty ani armii i skonczylo sie tylko na przemarszach marynarzy z Wellington i na szybko umundurowanych miejscowych strazakow. Tak to Polityka Non-Proliferacji broni nulkleranych wygladala w praktyce! 

 Z Apia wyszlismy w kierunku na Vavau, bylo to po drodze do Nowej Zelandii, gdzie nalezalo odnowic nasze wizy do Australii, no i przeczekac kolejny sezon huraganow-cyklonow! Po bardzo przyjemnej zegludze lewym halsem, popychani przyjacielskim pasatem, zawinelismy do Neiafu! Wladze portowe – celnicy ani immigration w takich miejscach, jak Samoa albo Tonga zupelnie nie interesowaly sie takimi drobiazgami jak wizy. Dla nich bylismy jednymi z tych zelgarzy, co wlocza sie po Pacyfiku i czasami, dzieki morskim Bogom, odwiedzaja ich wyspy, zeby wydac tam pare dolarow – wiec nie ma powodu, zeby meczyc ich jakimis buirokratycznymi klopotami! Postoja troche w porcie albo na kotwicy, a jak im sie skonczy kasa, to podniosa zagle i odplyna w sina dal... W porcie Neiafu na Vavau, na poludnie od kei znajduje sie taka zatoka, fiord, ktora jest kolejnym znakomitym “hurricane hole”. Fiord jest otoczony wysokimi wzgorzami, a w srodku na jego dnie na glebokosci 10m znajduje sie zatopiony wrak parowego statku. Gdy nadciagnie cyklon, nalezy przywiazac sie wszystkimi cumami i lancuchami do pokladowych pacholkow wraka! Sam zanurkowalem na ten wrak i przekonalem się, ze to prawda. Wzgorza dookola chronia od cyklonowych szkwalow, Wejsc do Noumea planowalem w piatek, tuz przed weekendem, liczac na to, ze imigracja francuska nie bardzo bedzie zainteresowana faktem, ze moja wiza na Nowa Kaledonie, wbita w polskim paszporcie, unieswiezyla sie cos rok temu! Wszystko, co chialem zobaczyc w Noumea, to tamtejsze akwarium, podobno najlepiej zorganizowane i najwieksze na Pacyfiku. Francuskie sluzby imigracyjne szybko podstemplowaly paszporty Gerda, Larsa i Francoise, a dostaly prawie ataku serca, jak zobaczyly moj paszport, a w nim juz od roku niewazna wize. Oswiadczyli, ze mam zostac tam az do poniedzialku, zeby sie po weekendzie wytlumaczyc dlaczego i po co w ogole zaszedlem do Noumea i czy nie jestem - Mon Dieux!!! - jakims sowieckim szpiegiem na Polskiej Republiki Ludowej paszporcie!!!! Co mi wcale nie przeszkodzilo wtedy odwiedzic w sobote to akwarium i muzeum Kanakow w Noumea. W poniedzialek, po wielu godzinach delibracji, wydano mi nowa wize do Nowej Kaledonii. Jak zauwazylem, ze jest ona wazna tylko na jeden dzien, to powiedziano, ze mozna ja przedluzyc i przedluzyc da capo al fine! Po wyjsciu oficjeli z jachtu podszedl do nas mlody czarnoskory Melanezyjczyk - powiedzial po francusku, ze nosimy taka piekna bandere!! O co mu chodzi - spytalem sie wtedy Katy? Po krotkiej rozmowie Katy wyjasnila, ze to jest przedstawiciel/agent calego tego ich Ruchu Niepodleglosci Kanakow Nowej Kaledonii i wlasnie chcialby mi zlozyc propozycje szmuglowania broni i amunicji z Australii do pln czesci wyspy? Pieniadze nie maja dla nich znaczenia, ruch jest bogaty itd! Poprosilem wtedy Katy, zeby mu powiedziala, zeby spadal stad jak najszybciej!! Z Noumea wyszlismy we wtorek, kursem prosto na Sydney, i po ominieciu w bezpiecznej odleglosci Raf Elizabeth i Middleton, ktore lezaly na kursie, weszlismy po paru dniach na dobrze mi juz wtedy znane wody zatoki Port Jackson, czyli do Sydney Harbour i po odprawie poplynelismy do Balls Head Bay, zeby rzucic tam kotwice - tym razem juz na dluzej!!!jacht bedzie dobrze trzymal sie dna, nie ma tu mowy o jakichs falach sztormowych, bo wejscie do fiordu jest waskie i zaden przyboj nie dotrze z Oceanu!!

Wiekszosc kapitanow jachtow podrozujacych po Pacyfiku, po odprawie w Neiafu, zarzuca swoje kotwice w tym fiordzie. Z drewnianego pomostu na brzegu fiordu prowadza drewniane schody pod gore do miejscowego pub-u, tak ze instytucja ta jest czesto odwiedzana, wiadomo przez kogo, i w praktyce jest takim klubem zeglarzy spod wielu bander i z wielu pokladow!! W tej instytucji poznalismy pewnego Kanadyjczyka, ktory po ozenku z miejscowa dama osiadl na stale w Naifu. Drugim z takich osadnikow byl Amerykanin, wytworca trumien, ktory tez ozenil sie z miejscowa obywatelka. Kanadyjczyk byl jubilerem, wytwarzal srebrna bizuterie, glownie z czarym koralem. Kiedy do Neiafu zachodzil jakis statek turystyczny, nasz Kanadyjczyk sprzedawal turystom dosc duze ilosci swoich wyrobow. Srebro sprowadzal z USA, a czarny koral byl na miejscu, tuz pod woda na rafach koralowych. Oba te biznesy przynosily im niezle profity, lecz po wizycie kolejnego statku pasazerskiego albo po kolejnym miejscowym pogrzebie, zaraz okazywalo sie, ze ich rodziny rozrastaja do wielu kuzynow, braci, wujkow, stryjkow, ciotek, corek, synow, dziadkow, wnukow, wnuczek, siostrzencow i siostrzenic itp krewnych i znajomych krolika – i cale to towarzystwo, czyli cala miejscowa wioska nie idzie juz na pola uprawiac kasawe albo zbierac orzechy kokosowe ani lowic ryby w zatoce, tylko wysiaduje pod domem Kanadyjczyka i Amerykanina, zeby ci podzielili sie swoim bogactwem ze swoimimi krewnymi – tak jak nakazuje polinezyjski obyczaj, czyli krotko mowiac - plemienny Komunizm!!! Niedaleko tego pubu znajdowala sie pochylnia/slip miejscowego Australijczyka, ktory remontowal tam jachty. Jego okolo 20-letnia corka, dosc atrakcyjna jak na takie damy, od razu stala sie obiektem bardzo smialych podchodow ze strony Jocka-a i John-a Kalifornia, ktorzy mieli niejakie nadzieje, ze w ten sposob wzenia się w ten wspanialy stoczniowy biznes w Vavau i zostana tu na zawsze w tropikalnym raju??? Niestety, mloda dama miala na ten temat wlasne spostrzezenia. Czy ty wiesz – mowila mi – jakie zycie na tej wyspie jest nudne – nie ma do kogo ust otworzyc, ja dalabym wszystko, zeby wyemigrowac z tej tropikalnej dziury do Sydney albo Melbourne - tam dopiero jest kultura i cywilizacja itd!!! Podarowalem jej wtedy album z fotografiami z Sydney, a od niej dostalem ksiazke o historii Tonga. 

Horn na Tonga

Z Vavau do Nowej Zelandii plynelismy spokojnie polwiatrem w pld-wsch. pasacie! W czasie tych kilku dni przekartkowalem podarowana mi ksiazke o historii Tonga. Okazuje się, ze Krolestwo Tonga bylo bliskim sojusznikiem II RP we wrzesniu 1939 roku. Owczesna Krolowa Tonga, Jej Wysokosc Salope – (ang. Charlotte) sluchala radia 2 wrzesnia 1939r. w swoim palacu w Nukualofa, stolicy Tonga i oburzona postepowaniem Hitlera natychmiast wypowiedziala wojne III Rzeszy! - dzien wczesniej, niz Anglia i Francja zdobyly sie na ten krok!! Niestety o wyslaniu floty canoes z tonganskimi wojownikami nie moglo byc mowy, ale liczy sie intencja Krolowej!!! Odtad miejscowe dzieci we wszystkich tonganskich szkolach ucza sie tej historii!!

Gdy zblizalismy sie do Nowej Zelandii, trudno było zlapac australijskie i nowozelandzkie stacje radiowe, natomiast wyraznie slychac bylo Deustche Welle. Poprosilismy Gerda, zeby nam te newsy DW relacjonowal. Byl jakis program o gipsowych krasnalach ogrodowych, ale nastepnego dnia wybuchla w/g Gerd’a, straszna polityczna afera, bo podano, ze Francuskie tajne sluzby podlozyly wczoraj mine pod statek Greenpeace w porcie w Auckland. Statek zatonal i jedna osoba z zalogi stracila zycie! - Nie bede juz sluchal zadnych francuskich piosenek - krzyknal wtedy Gerd i zaraz wylaczyl nasz pokladowy magnetofon, gdzie wlasnie Charles Aznavour spiewal piosenke o Markizach i Chevalle Blanc - Wiedzialem, Francuzi to narod mordercow i terrorystow! (Gerd byl jednym z tych mlodych ludzi, ktorzy w tamtych czasach byli zauroczeni wykluwajaca sie na Swiecie nowa religia pod tytulem “Ratujmy Wieloryby i Rafe Koralowa“ itp.) Zaraz zaraz - odparl mu Amerykanin, Zyd z Teksasu, który wlasnie trzymal wachte w kokpicie - to ty chcesz powiedziec, ze nasza zalogantka, spiaca w swojej koi Francoise, tez jest morderca? - No nie, Francoise nie, ale wszyscy inni Francuzi, caly ten narod jest zakazony terroryzmem, bo robia proby z bronia atomowa na atolu Mururoa itd!! - A wtedy Teksan mu na to - Gerd, nie zabieraj glosu, jak chcesz oskarzac CALE narody o terroryzm. Spytaj naszego Polskiego Kapitana, co wie o pewnym narodzie, ktory inny narod przepuszczal przez kominy w pewnej miejscowosci o nazwie Auschwitz? - No, to sprawa naszych dziadkow, ja z tym nie mam nic wspolnego. - Wiec przestan generalizowac o tym, czy dany narod jest taki czy inny i siadaj tu teraz przy rumplu, bo wlasnie twoja wachta 4 pm i zamknij ten swoj swoj zielony dziob!!! Wlasnie! - dodalem ja - i w takim razie Gerd zostaje tu przy swiadkach wykluczony z jakiejkolwiek sesji towarzyskiej, gdzie ma byc pite francuskie wino!!!

Po doplynieciu do Nowej Zelandii dokonalismy odprawy w Opua w Bay of Islands. W kasie okretowej zostalo juz tylko 20 australijskich dolarow. Nalezalo natychmiast rozejrzec sie za jakas praca, zeby przezyc kolejne 6 miesiecy, czyli okres cyklonow na Pacyfiku, wyremontowac dno Horna, zapopatrzyc sie w paliwo itd na przyszly rejs do Australli. Na szczescie w Opua cumowal jacht pod austriacka bandera - okazalo sie, ze kapitan i zaloga to Slowency z Jugoslawii! Dowiedzialem się wtedy, jakich to przekretow musial dokonywac w Jugoslawi kapitan, by wydostac sie z tego jugoslowianskiego raju na Oceany i dlaczego zarejestrowal swoj jacht w Austrii. - Ty to sam zrozumiesz, przyjacielu - powiedzial mi wtedy i jako ze bylismy obaj w podobnych butach, jesli chodzi o zwiedzanie Oceanow na komunistycznych paszportach, pozyczyl mi 50 $ USA, zebysmy mogli jakos przetrwac, zanim nie znajdziemy sobie pracy.

Nastepnego dnia Jock, John i Amerykanie rozjechali sie do swoich domow, a na Hornie zostalismy tylko we trojke – Francoise, Gerd i ja. Gerd szybko znalazl prace w miejscowej stoczni okretowej, poniewaz byl mechanikiem w zakladach Mercedesa w Dusseldorfie. Francoise zostala szefowa sali w miejscowej restauracji w Opua - jej wlasciciel byl w siodmym niebie, ze znalazl w koncu prawdziwa Francuzke, która wie, jakie wino podaje sie do jakich potraw!! Ja z kolei dowiedzialem sie, ze miejscowy rybak, kapitan malego kutra, szuka pomocnika do stawiania i wybierania sieci w polowach na snapera. Phil, kapitan kutra “Askania”, przyjal mnie z otwartymi rekami, jako ze sam mial problem z kregoslupem. Metoda polowow tak zwana “long line” polegala na postawieniu bojki zakotwiczonej do dna, od ktorej wydawalismy kilkusetmetrowa gruba zylke z haczykami z przyneta. Bardzo mu w ciagu tych 5 miesiecy pomoglem, kiedy codziennie udawalismy sie na takie polowy – najpierw stawiajac te liny, a po paru godzinach, kiedy juz na haczyki polapaly sie odnosne sztuki – wybierajac je na poklad!!! Phil sterowal kutrem, a ja wydawalem, a potem wybieralem liny, zlapane ryby wrzucalismy do ladowni wypelnionej lodem, gdzie szybko “zasypialy”. Nasz Horn stal na kotwicy w srodku jednej z zatoczek w Opua, Gerd i Francoise codziennie udawali sie na lad naszym baczkiem, a ja bylem odbierany z Horna na poklad “Askanii” przez Phila. Gerd i Francoise pracowali na odnosnej umowie-wynagrodzeniu, ja natomiast mialem procentowy udzial w polowach.

Po 5-ciu miesiacach pracy przyszedl nareszcie czas na zwiedzanie Nowej Zelandii. Jeszcze w Opua, zaraz po odprawie celnej, umowilismy sie z Jock-iem i Johnem – Kalifornia na wyprawe wysokogorska na Mt. Aspiring na Poludniowej Wyspie. Mt. Aspiring to druga co do wysokosci gora w Alpach Poludniowych – sniegi, lodowce itd. Na jej zboczach trenowal Sir Ernest Hillary, ktory potem zdobyl Mt Everest razem z Szerpem Tenzingiem. Przywiozlem na Hornie, najpierw autobusem z Warszawy do Bremy, potem w kontenerze statkowym do Nowego Jorku i czerwonym Bedfordem przez USA do San Francisco, kompletne wyposazenie alpinistyczne na taka wlasnie okazje. Kiedy Jock odlatywal do swojego domu w Wellington, dalem mu na przechowanie buty Koflachy, raki, puchowe kurtki i spiwory, czekan, namiot, roll – mats, plecaki - jak to sie wtedy mowilo - “haki, liny, karabiny”. Razem z jego wlasnym sprzetem to wystarczylo, zeby John - Kalifornia tez mogl do nas w Wellington dolaczyc. Z Opua dostalem sie do Wellington za pomoca miejscowego autostopu. Byla to kilkudniowa podroz z polnocnego przyladka Wyspy Polnocnej do najbardziej poludniowego jej cypla, czyli miasta Wellington. Z Wellington, najpierw promem przez Ciesnine Cook-a, a potem autobusem dotarlismy do Wanaka, skad wyruszylismy w kierunku Mt. Aspiring. Pogoda poczatkowo dopisywala, tak ze drugi oboz zalozylismy juz w polowie zbocza, ale w nocy nadszedl “halniak”, spadl gruby snieg i w srodku nocy przewalila sie o kilka metrow od naszego namiotu dosc spora lawina lodowa. Rano zdecydowalismy sie na powrot, bo pogoda jeszcze sie pogorszyla!!! Tak wiec z podwinietymi ogonami zeszlismy do miasta Wanaka i po paru godzinnach wsiedlismy do autobusu do Wellington. Jak juz autobus ruszyl, popatrzelismy jeszcze przez szybe na Mt. Aspiring i wtedy jak na zlosc zza jego szczytu wyszlo Slonce!!! Pozostalo nam tylko zagryzc zeby ze zlosci... W Wellington zostawilem caly moj sprzet alpinistyczny w domu Jock-a i postanowilem kiedys jeszcze wrocic w Alpy Poludniowe.

Teraz nalezalo wyslipowac jacht i doprowadzic jego dno do porzadku, czyli oczyscic z barnacles, odkuc mlotkiem tu i owdzie platki rdzy i pokryc warstwa nowego anifoulingu. Gerd dowiadywal w stoczni, ile by to kosztowalo, ale cena takich uslug byla troche za wysoka na nasze kieszenie i skonczylo sie na szkraberze w miejscowym klubie zeglarskim, drabinie, mlotku i pedzlu. W Opua czekal na mnie list od Lloyda Dawson z Sacramento, ze chetnie by dolaczyl na ostatni rejs Nowa Zelandia – Sydney, wiec gdyby dolecial do Auckland, gdzie planowalem odnowic nasze australijskie wizy, to bylaby nas razem czworka? Trzeciego dnia po wyciagnieciu Horna na slip wlasnie odkuwalem rdze na kadlubie, gdy podszedl do mnie pewien mlodzieniec - “Czesc, nazywam sie Lars Trier, jestem z Danii, slyszalem, ze moge u Pana zaokretowac się na rejs do Australii?” – “Jesli tak, to poprosze o jakis mlotek i zaraz zaczne Panu pomagac“. Na takie dictum Lars Trier z miejsca zostal czlonkiem zalogi Horna!

Po paru dniach Horn zostal spuszczony na wode i odplynelismy z Opua, serdecznie zegnani przez Phila, restauratora Francoise i stoczniowcow Gerda. Po dwoch dniach lagodnej zeglugi przybrzeznej po wschodniej stronie Wyspy Polnocnej zawinelismy do Auckland. W Auckland odmalowalismy jeszcze ponownie poklad, przywitalismy Lloyda, odnowilismy wizy australijskie i porobilismy zakupy. Francoise zostala mianowana II oficerem, przejela kase okretowa i wyslala nas po odnosne zakupy – zywnosci, paliwa do kuchenki i do silnika. Trudno co prawda bylo przekonac nasza Pania Oficer, zeby przeznaczyla czesc budzetu na niezbedny zakup pewnej ilosci butelek rumu – po cenach wolnoclowych oczywiscie. Napotkalismy niejaki opor w tym temacie, ale udalo sie jakos wyperswadowac. Gdy juz wszystko bylo gotowe, po odprawie celnej wyszlismy w morze – kierunek – najpierw na Vanuatu, a potem sie zobaczy, gdzie dalej!!!

Po wyjsciu z Auckland w maju 1986r. pozeglowalismy na polnoc, gnani lagodnym pld-wsch pasatem. Zastanawialem się, czy nie odwiedzic wysp w Archipelagu Kermadec (o ktorych nie wiedzialem nic a nic), ale po przedyskutowaniu pomyslu z Francoise, Gerdem i Lloydem (Lars jako najmlodszy nie miał tu nic do gadania) wspolnie ustalilismy, zeby pospieszyc wprost na Malekule. Nasz kurs prowadzil prosto w przejscie miedzy wyspami Matthew i Hunter (obie pod jurysdykcja francuskich wladz Nowej Kaledonii) i potem rowno na pln. az do zoczenia poludniowych wysp Vanuatu – najpierw Aneitu, potem Tanna, Erromanga i Efate, gdzie w Port Vila dokonalismy odprawy wejsciowej. 

Lars okazal sie zawzietym i bardzo energicznym wedkarzem. Kupil w Auckland technologiczne cudo XXI wieku - plastikowa wedke z pelnym wyposazeniem (kolowrotki zylki, jej prowadnice, dzwonki itd.) Wydal na to, jak sam powiedzial - oszolomiajaca sume 150 NZ dolarow, co w owych czasach stanowilo rownowartosc 50 butelek rumu w NZ strefie wolnoclowej!! Lars zarzucal podczas wachty wedke z odnosnymi przynetami, wiazal ja skomplikowanym systemem sznurkow i jakby sie cos tam zlapalo, to dzwonek mial zaraz glosno dzwonic. W nocy, kiedy udawal sie do koi, prosil, zeby go budzic, jak tylko dzwonek zadzwoni! Wtedy Lars wybiegal na rufe i walczyl z ryba. Jak juz wyciagnal na poklad duza sztuke, prosil, zeby mu zrobic zdjecie! Na ogol byly to tunczyki, mahi-mahi i koryfeny, ktore czasami rozmiarem dorownywaly wzrostowi Larsa. Spytalem go, po co mu te zdjecia - Les, ty sam wiesz, jakiej wielkosci ryby lapie się na Baltyku - 20 cm sledz? 50 cm dorsz? Jak wroce do Danii i pokaze im te moje fotografie z Pacyfiku, to od razu zostane prezesem klubu wedkarskiego!! I jak to bywa z takimi wedkarzami, Lars nie jadal ryb, nawet tych, ktore sam zlapal! Wiec nikt mu nie przeszkadzal w tym jego hobby i reszta zalogi objadala sie codziennie swiezymi sushi albo sashimi albo smazonym tunczykiem. Trzeba przyznac, ze Lars nas wtedy zywil, ku zadowoleniu Pani II Oficer!

W Port Vila po odprawie zacumowalismy rufa do nabrzeza miejscowego klubu o nazwie Waterfront Club. Bar i restauracja byly tam polozone tylko 10m od nabrzeza, a ceny miejscowych trunkow bardzo, ale to bardzo przystepne! Postoj trwal kilka dni - uzupelnianie wody, paliwa i zywnosci, drobne reperacje takielunku i zagli, wymiana oleju w silniku, malowanie pokladu i nadbudowek itp prace, ktorych nigdy nie brakuje! Ktoregos dnia, gdy Lars mial troche wolnego czasu, postanowil udac sie na polow rekina! Zlapanie rekina bylo dla niego czyms w rodzaju Komunii Swietej albo Bierzmowania, cos jak “Search for The Holy Grail” w anglosaskiej mitologii. U miejscowego rzeznika zakupil cale wiadro kiszek, zoladkow i odpadow z uboju, polanych obficie krwia. Przy plazy wylal zawartosc tego wiadra do wody - zeby zanecic rekina. Zarzucil gruba zylke z hakiem, jej koniec przywiazal do swojego palca u nogi, polozyl sie na goracym piasku, nakryl twarz kapeluszem i czekal na swojego rekina. Za jakis czas miejscowy plazowicz przybiegl zdyszany do Baru Waterfront i krzyknal, zebysmy szli ratowac naszego zaloganta, bo zaraz straci nie tylko palec, ale i cala noge, jak mu sie cos zlapie na ten jego haK!! - Z rekinami nie ma zartow, sa bardzo silne i dostaja tzw. piany, jak tylko polkna hak, o czym sam sie wielokrotnie przekonalem na wlasnej skorze, wybierajac dlugie liny na pokladzie kutra “Askania”.

Przystan w Port Vila

Litujac sie nad Larsem, Francoise wynalazla w miejscowej kawiarence francuskiego “specjaliste” od polowu rekinow. Ekspert ten oswiadczyl, ze wie doskonale, gdzie “biora “ rekiny - nad gleboka rafa, mila morska od brzegu, gdzie spotykaja sie cieple i zimne prady, przyplywy i odplywy - mozna natknac sie na rekina na 100%! Nastepnego ranka, Francuz pojawil sie na pokladzie Horna razem ze swoja wielka przenosna plastikowa lodowka, w ktorej byly rozmaite szynki, sery, butelki szampana i calvadosa itp. przysmaki. Oddalismy cumy, Gerd zapuscil silnik i po jakims czasie znalezlismy sie nad miejscem, gdzie mialy byc rekiny! Ale wtedy nasz ekspert gwaltownie zapadl na chorobe morska - troche nas tam kolysalo - i lezac z zielona twarza na pokladzie oddawal nieskonczone holdy Neptunowi! Lars zarzucal swoje wedki i haki, a Francoise otworzyla lodowke. Gerd, Ja i Lloyd zmienalismy sie na sterze i manetkach, a w miedzyczasie zapuszczalismy weza do tej lodowki!! Po godzinie wydawalo się, za nasz “ekspert od rekinow” zaraz wyzionie ducha, wiec chcac nie chcac, musielismy wrocic do nabrzeza. Taksowka zabrala eksperta i jego pusta juz lodowke do domu, a Lars nie probowal wiecej szczescia z rekinami!

Czas bylo ruszac do “Naszej - juz teraz - Malekuli!!!“. Z Port Vila po pol-dniowej zegludze z wiatrem i pradem doplynelismy do znanej nam juz dobrze zatoki Port Sandwich - jak bysmy wracali do swojego domu! Port Sandwicz to nie tylko bezpieczna zatoka, ale i miescina strzecha krytych chalup o nazwie Lamap, w ktorej mieszalo wtedy cos 10-20 stalych mieszkancow!

Zaraz po dobiciu do drewnianego pomostu powital nas miejscowy doktor - mlody Francuz, który niedawno dotarl tam wraz ze swoja malzonka. Mial spedzic tu nastepne dwa lata opiekujac sie zdrowiem wyspiarzy. W owych czasach – lata 1985/6 mlodzi Francuzi podlegali sluzbie wojskowej, ktora mozna bylo zamienic na sluzbe w koloniach. Wtedy zamiast szorowac kible w koszarach, obywatel taki mogl wyjechac na dwa lata do kolonii jako lekarz albo nauczyciel jezyka francuskiego, razem z zona, jesli taka juz posiadal. Zold - czytaj -placa za ta sluzbe byl bardzo mizerny, ale nie trzeba bylo co chwila stawac na bacznosc przed byle zupakiem w koszarach. Zycie w koloniach bylo dla tych szczesliwcow znacznie bardziej rozowe niz we Francji ! Jak mi opowiadala jego zona - mimo ze Francja placi tu grosze, to te francuskie grosze sa w koloniach pratycznie krolewska pensja. We Francji musialabym nocami dorabiac w bistro – a tu, za te same psie pieniadze moge wynajac dwie, trzy miejscowe dziewczyny, ktore mi codziennie sprzatna dom, narabia drzewa, podpala w kuchni i jeszcze beda z tego bardzo zadowolone. Obojgu nam przysluguje raz w roku lot powrotny na miesieczne wakacje do Paryza i z powrotem, ale mnie tu w kolonii zyje sie lepiej niz w metropolii!! Dobry klimat, sluzba, duzy dom, tropikalny sad, ananasy, pomarancze, banany tylko reka po nie siegnac!! Tak ze poznalismy tam wtedy nowych przyjaciol.

Dzunglowy telegraf czyli “bush tam-tam” zaraz dal znac w krainie Small Nambas, ze Ambat – (Ambat to bialy duch, znajomy pol-bog, dobra dusza itd?) - znowu zawinal na swoim czarnym “Canoe”! I na drugi dzien po zacumowaniu w Lamap zjawil sie mlody Pastor Jonathan Manua (Wodz wioski Melenge, za dnia pastor w miejscowej kaplicy, a po nocy czarownik w domu Nakamal o imieniu Mangi), ze swoim przyjacielem Michael’em. Podczas mojej poprzedniej wizyty na Malekule umowilismy sie z Jonathanem, ze jak wroce nastepnym razem, wybierzemy sie na piesza wedrowke po poludniowych wybrzezach i plazach Malekuli, zebysmy my, biali, mogli zobaczyc, jak sie tam sprawy maja? Jonathan to ten pierwszy od lewej na zdjeciu, a jego przyjaciel Michael to ten w narciarskiej czapce.

Nastepnego dnia Jonathan, jego pomocnik, Lloyd, Lars i ja, torujac sobie droge maczetami, wyruszylismy znanymi im obu sciezkami na poludnie Malekuli (w tropikalnych dzunglach sciezka wczoraj przetarta zarasta juz nastepnego ranka; na Vanuatu wystarczy wbic szpadel w ziemie, zeby za dwa, trzy dni rekojesc tego narzedzia wypuscila zielone galazki!!!). Francoise i Gerd woleli zostac w Lamap, gdzie Gerd mial dokonac przegladu silnika, naladowac akumulatory i oboje z Francoise korzystali z gosciny Doktora i jego Malzonki, ktorzy byli tez bardzo spragnieni jakiegokolwiek towarzystwa z Europy!

Drugiego dnia wedrowki zatrzymalismy sie na lunch, Jonathan i Miachael rozpalili ognisko i kiedy zerwane w poblizu dzikie banany zaczely sie dopiekac, wyciagneli jakas mala czerwona ksiazeczke, ktora okazala sie byc “przewodnikiem po religiach Swiata”. Zadali mi pytanie - Ambat Les, jakiej ty jestes religii? (Tu trzeba dodac, ze wyspiarze na Pacyfiku sa chrzescijanami - za dnia oczywiscie, bo po zmierzchu to ich Starozytni Bogowie rzadza Swiatem!) - Ja jestem Roman Katolik - odparlem. Obaj poprzewracali kartki w swojej ksiazeczce i rzekli – no tak, jest taka religia, OK. A potem padlo na Lloyda – Ambat Lloyd, a jakiej ty jestes religii? – Anglican Protestant. Znowu ksiazeczka poszla w ruch i znowu odkryli, ze istnieje taka religia. Na to samo pytanie Lars odpowiedzial, ze jest ateista. W ksiazeczce Jonathan ani Michael nie mogli znalezc takiej religii - zapytaj go jeszcze raz, moze Ambat Lars nie zrozumial? Jak Lars im znowu potwierdzil, padlo nastepne pytanie - to znaczy, ze Ty nie wierzysz w Pana Boga? - A czy ty wiesz, ze gdyby nie Chrzescijanski Pan Bog, ktory nas uczy, ze nie nalezy jesc dlugiej bialej swini - (Ostatni przypadek kanibalizmu na Malekuli wydarzyl sie w 1954 roku!) - to my bysmy was tu zabili i nadziali na rozen? I w tym momencie zaczela sie prawdziwa polityczno-religijna afera, kiedy to Lloyd odezwal sie nagle: “To my amerykanscy chrzescijanie, nieslismy wam tam w Europie wolnosc pod naszymi US sztandarami, zeby was wyzwolic od nazizmu i komunizmu tylko po to, zeby twoja nowa europejska generacja wyrosla na takich ateistow - bezboznikow? A Lars mu na to – a po co to wasza generacja z Ameryki wywolala II Wojne Swiatowa, dla zabawy?! Stanowczo ucialem im obu te dyskusje. Jonathan i Michael byli przerazeni tym, ze zadajac tak niewinne pytania o maly wlos nie wywolali jakiejs 3 Wojny Swiatowej w zalodze Horna. I zaraz szybko schowali swoja ksiazeczke.

Podczas naszej pieszej wedrowki - treku - po poludniowych wybrzezach Malekuli na drugi dzien zatrzymalismy sie na nocleg w malej wiosce Farun, gdzie nas ugoszczono potrawa lap-lap, pieczonymi bananami, slodkimi dzikimi pomaranczami i odnosna iloscia napoju “kava”, czyli aromatycznego bialego soku pracowicie wyciskanego z krzakow - korzeni rosliny o nazwie “kava”. Korzenie przezuwane sa przez wszystkie dostepne na ta okolicznosc szczeki (zuchwy) biesiadnikow. Taki wymieszany ze slina “product” trafia do miednicy na stole, dolewa sie wody, zeby starczylo dla wszystkich. Kava jest gotowa do picia i odmowienie tego napoju podczas wieczornej uczty byloby bardzo niegrzecznym, niecywilizowanym i obrazliwym zachowaniem!! Kava dziala na mozg i ludzkie miesnie calkiem odwrotnie niz alkohol. Po wypiciu kilku albo i kilkunastu czarek (polowek pustych skorup kokosa) - czlowiek staje sie coraz bardziej senny i zmeczony, chwilami traci energie i ochote do rozmowy. Pod koniec takiego posiedzenia jego uczestnicy chrapia sobie spokojne po katach z zamknietymi oczami i nawet nadciagajaca burza z piorunami nie jest w stanie ich z takiego blogiego stanu wyrwac!! Kava to napoj tak popularny na calym Polinezyjskim i Melanezyjskim Pacyfiku jak wodka w Rosji czy whisky na terenach bylych brytyjskich kolonii albo zimne mocne piwo w Australii!!!

Po opuszczeniu goscinnej wioski Farun w naszej dalszej wedrowce na zachod natknelismy sie na wrak drewnianego kutra, wyrzuconego na piaszczysto-skalisty brzeg plazy Malekula. Wrak byl pozostaloscia jakiegos motorowego statku, o dlugosci kadluba okolo 15 m. Znajdowal sie jeszcze w niezlym stanie, ze nawet, jak by ktos chcial sie nim zajac, to po paru remontach typu uszczelnienie dna, burt i pokladu, moglby spuscic go z powrotem do wody. W kokpicie tego statku zobaczylem piekny szturwal, odlany z brazu z napisem “Melbourne”! Chcialem to dzielo stuki odkrecic i zabrac ze soba w plecaku, ale poza naszymi maczetami i nozami nie mielismy wtedy zadnych narzedzi - tak ze szturwal ten chyba jeszcze tam tkwi? Idac brzegiem na Pln-Zachod kilka kilometrow od tego wraka natrafilismy na ujscie niewielkiej rzeczki, ktora musielismy przejsc w brod. Rzeczka nie byla gleboka, woda siegala zaledwie do pasa, ale podczas tej przymusowej kapieli Llolyd zauwazyl, ze rzeczka moze byc “zlotonosna”. Do dzis nie wiem, w jaki sposob nosil plecaku specjalna miske do plukania ziaren zlota, ale jako urodzony Kalifornijczyk Lloyd zawsze potrafil zweszyc czy wyczuc zlote ziarenka w strumyku! - Popatrzcie tylko na ta czarna wulkaniczna plaze dookola i zauwacie, ze rzeczka plynie od stop tej gory Tooran, tej tam o tam na horyzoncie - przeciez sa to glosne dla mnie sygnaly, ze TU MOZE BYC zloto !!! I rzeczywiscie BYLO! Podczas gdy Lars zazywal kapieli po szyje w nurcie strumyka, Lloyd pracowicie wyplukiwal stamtad zloto swoja miska – panning for gold!!! No i zaraz wylowil pare zlotych ziarenek! No ale niestety, nie bylismy wtedy przygotowani, zeby zaraz zalozyc oboz i zaczac wyplukiwac kilogramy tego kruszcu z oczywistych powodow, ale zapamietalem sobie to miejsce z nadzieja ze na przyszlosc. Kto wie, moze kiedys tam wroce po takie Skarby Krola Salomona?? 

Wyplukiwanie zlota

Naczelnik plemienia Big Nambas z Norsup

Nasze zainteresowanie zlotem nie wywieralo specjalnego wrazenia na Jonathanie i Michaelu - (zloto? A do czego sie takie zolte ziarna przydaja - nie mozna tego ugryzc ani nie nadaje się na zadne narzedzia - co najwyzej mozna dosypac do miski z kava?). Jonathanowi przypomnialo się, ze jego starsi ojcowie plemienia opowiadali im mlodym dawno temu, jak to pewien statek takich bialych Ambat-ow z Australii przyplynal kiedys zaraz po Wielkiej Wojnie na poludniowe wybrzeza Malekuli w poszukiwaniu takich zoltych, nikomu nieprzydatnych ziarenek i jak to wtedy nadciagajacy cyklon wyrzucil ten statek na brzeg!!! Nasze dalsze wedrowki po poludniowych plazach Malekuli zaprowadzily nas do Caroline Bay, zatoki o wielkosci okolo 5-ciu Basenow Jachtowych w Gdyni, ktora okazala sie byc doskonalym portem schronienia. Zatoka dobrze oslonieta od wschodu i zachodu, o dobrym piaszczysto-koralowym plytkim dnie i waskich, ale dosc glebokich glowkach wejsciowych nadawalaby sie na miejsce postoju, a nawet baze jachtowych poszukiwaczy zlota!? Potem dotarlismy do wioski polozonej na brzegach w South West Bay, na pld-zach. cyplu wyspy, ktora to zatoka jest swietnie oslonieta od mocniejszych podmuchow pasatu i gdzie mozna swobodnie zakotwiczyc nawet cala armade jachtow - oczywiscie w sezonie wolnym od cyklonow !! Po paru dniach wrocilismy do Lamap, a w tym samym czasie Gerd naoliwil wszystkie potrzebne mechanizmy, naladowal akumulatory i profesjonalnie, jak na pokladowego mechanika przystalo, przygotowal Horna na dalsze morskie eskapady!

Tymczasem Francuski Doktor dostal “przeniesienie” z Lamap do Norsup na polnocnym wybrzezy Malekuli i razem z Francoise wpadli na pomysl, zeby dostac sie tam razem z ich meblami i garnkami wlasnie za pomoca s/Y Horn. Oboje uznali, ze mnie taka idea bardzo ale to bardzo sie spodoba, jako ze od pewnego czasu juz myslalem o wyprawie na polnocna wyspe archipelagu, Santo, a Norsup lezalo po drodze. I mieli racje ! Uznalem, ze pomysl byl dobry i pozyteczny. Jonathan nagle oswiadczyl, ze tez chetnie by sie zaokretowal na takie rejsy na Hornie w Archipealagu, aby zobaczyc, jak sie maja w Norsup jego kuzyni-wyspiarze z Malekuli z plemienia BIG Nambas. Powiedzialem mu, ze jak poplyne na Santo z zamiarem przejscia tej wyspy z polnocy na poludnie, bede potrzebowal tlumacza z Bislama (Bislama to urzedowa “Lingua Franca” na wyspach Melanezji ) na English i przewodnika/towarzysza wedrowek po dzunlach Santo!! Tak ze po paru dniach wyruszylismy Hornem na polnoc do portu Norsup, na pokladzie majac Francuskiego Doktora z malzonka i ich meblami oraz Jonathana, jako dodatkowego czlonka zalogi, ktory bardzo sobie potem chwalil te rejsy na pokladzie “Uan Big Blak Blong Wite Man Carry Kanu Blong Island Blong Plesja ” – co z Bislama na Polski tlumaczy sie jako – “Jedno Duze Czarne Kanu, nalezace do Bialego Czlowieka, ktory to Kanu tu przywlokl do naszej wyspy tutaj“

Po oddaniu cum w Lamap pozeglowalismy wzdluz wschodnich brzegow Malekuli. Nastepnym miejscem postoju byla mala zatoka, gdzie mozna bylo przycumowac do drewnianego pomostu, ktory byl glownym nabrzezem malutkiej wsi Lakatoro. Pomost zbudowany byl dawno temu, jeszcze w kolonialnych czasach, kiedy to “copra schooners” Kapitana Maczi zachodzily tam po ladunki kopry, a my zaszlismy tam z dwoch powodow. Po pierwsze, mial tam byc maly sklepik, gdzie można by sie zaopatrzyc w europejskie konserwy i trunki, takie jak whisky. W tropikach ani butelkowe wino ani nawet puszkowane piwo dlugo nie wytrzymuja, z powodu wysokich temperatur. Natomiast whisky, gin, vodka albo rum jakos przezywaja takie klimatyczne dramaty bez szkody dla ich i naszego zdrowia! Drugim powodem byla nadzieja spotkania tam - jak mi to dawno temu podpowiadal Kapitan Maczi, pewnej Polki, zony Anglika, ktorzy oboje kierowali ta instytucja. Niestety okazalo się, ze zostali oni “poproszeni” przez nowe od paru lat wladze w Port Vila o wyemigrowanie do Europy, czyli po prostu zostali wyrzuceni z Vanuatu - jako niepoprawni kolonialisci – wyzyskiwacze melanezyjskiej klasy robotniczej, ktorzy bogacili sie na pocie, krwi i lzach miejscowych wyspiarzy. Jak sie potem dowiedzialem, rok pozniej taki sam los spotkal Kapitana Maczi i jego angielska zone, mimo, ze byl tworca takiej ich Vanuatuans - przyszlej szkoly morskiej w Port Vila, ktore miala szkolic zastepy marynarzy i kapitanow przyszlej floty wojenno/ handlowej Niepodleglej Republiki Vanuatu - Kapitan Maczi mial po prostu nieodpowiedni kolor skory i cos po 50 latach swojego tam zycia musial się wynosic!

W naszej zegludze wzdluz wschodnich wybrzezy Malekuli nastepnym miejscem postoju byla zatoka Crabb Bay. Mala zatoka z mulistym dnem dobrze trzymajacym kotwice, zabezpieczona przed falami morskimi wynurzajacymi sie z wody - w czasie oodplywu!! - koloniami korali, ktore tworzyly wzdluz wejscia cos w rodzaju falochronow. Zaraz po zakotwiczeniu Jonathan oswiadczyl, ze pojdzie do odleglej o kilka godzin wedrowki przez dzungle wsi Melenge i rano wroci z kilkoma wodzami plemienia, ktorzy chcieliby zlozyc mi pewna handlowo/polityczna propozycje??

W tym czasie Francoise zabrala mnie na krotka wycieczke po brzegach Crabb Bay, zeby mi COS tam pokazac. Zaprowadzila mnie wtedy na drugi brzeg zatoki, gdzie spoza krzakow i palm oczom moim ukazal sie DOM!!! Byla to konstrukcja wzniesiona na podmorowce ze skalnych blokow - tzw “marae” - na ktorej postawiono chate na palach. Dach pokryty byl strzecha bananowych lisci, podlogi - orientalnymi dywanami, sciany z kazdej strony to byly kolejne dywany, ktore mozna bylo zrolowac do gory, jak kurtyny w teatrze, zaleznie z jakiego kierunku wial pasat albo swiecilo slonce. W srodku staly polki wypenione ksiazkami, w kuchni lodowka i kuchenka gazowa – lodowka i zyrandole i inne lampy w sypialni napedzane byly generatorem diesla, slodka woda plynela ze zbiornika deszczowki - tank-u, ktory byl podlaczony do kuchnennego zlewozmywaka, lazienki z prysznicem, toalety i muszli klozetowej! Konstrukcja ta wzniesiona byla w odleglosci kilkunastu metrow od falochronu, o ktory odbijaly sie fale oceanu!! W ogrodzie - palmy bananowe, drzewka pomaranczy i grapefruitow!! Dawniej mieszkal tu miejcowy francuski plantator palm kokosowych, ale zaraz po uzyskaniu niepodleglosci rzad z Port Vila kazal mu opuscic Vanuatu – bo byl przeciez wyzyskiwaczem itd itd. Teraz miejsce to stoi puste – plantacja zostala “upanstwowiona“ i oddana pod zarzad miejscowemu plemieniu Small Nambas.

Nastepnego dnia okazalo się, dlaczego Francoise zaprowadzila mnie do tego domu na palach i wszystko mi pokazala. Gdy Jonathan zjawil sie rano razem z kilkoma starszymi wodzami Small Nambas, szybko zrozumialem, ze Francoise juz dawno pracowala w konspiracji z Jonathanem nad idea/propozycja, ktora zlozyli mi starsi tego plemienia - naczelny Czarownik Small Nambas, Mr Kamalindrubanga i jego pomocnik, Pastor Jonathan! - Ambat Les – zaczal Kamalidubanga - my, Small Nambas, juz mamy dosyc tej niepodleglosci!! Przed ta cala niepodlegloscia wszystko tu sie toczylo normalnie i po porzadku! Co my teraz mamy z tej niepodleglosci? Koszulke t-shirt z napisem Vanuatu i wizerunkiem nowej flagi i czasami przelatuje nad nasza wyspa samolot linii Air Vanuatu, z wymalowanymi kolorowymi pasami tej nowej flagi! Ale od czasu, gdy Nowe Hebrydy dostaly nowa nazwe Vanuatu, swiatlo nawigacyjne na boi wejsciowej do Port Sandwich wysiadlo i nikt go od lat nie zreperowal, kopra szkunery przyplywaja po nasza kopre tylko raz do roku, a nie jak dawniej co miesiac, sklepik narozny w Lakatoro juz zaraz zamknie się na dobre, telefon do Port Vila z Lamap tez juz od dwoch lat nie dziala, teraz nam zabieraja doktora i przenosza do Norsup, do krainy Big Nambas, oplaty za czesne w szkolach dla naszych dzieci w Port Vila wzrosly o 200% - (jak juz sie uda wyslac tam nasze dzieciaki!). Jak nam tu teraz zyc w tej calej niepodleglosci ?? Ceny biletow lotniczych do Port Vila i z powrotem tez nagle wzrosly! Caly ten nowy rzad Niepodleglej Republiki Vanuatu to grube ryby, ktore siedza w Port Vila w cieplych fotelach i zyja z dotacji i pomocy finansowej takich krajow jak Australia, Nowa Zelandia, Wielka Brytania i Francja!

Mamy wiec taki pomysl, zeby przywrocic stare, dobre, kolonialne czasy, przynajmniej na naszej czesci wyspy! Ale zeby to sie udalo, potrzebujemy takiego bialego plantatora, takiego kolonialnego pana, ktory wie, co trzeba zrobic, zeby przywrocic dobre stare porzadki!! I teraz wlasnie chcielismy ciebie, bialego Ambat, poprosic, zebys zostal naszym takim plantatorem- kolonista! Zostan tu z nami jak gdyby nigdy nic, juz jak skonczysz swoje zeglugi na Santo, to wroc tutaj z powrotem. My zadnym urzedom w Port Vila nic a nic o tym nie powiemy, zadna policja tu sie nie zjawia, a nawet jak sie zjawi, to i tak tu nie ma ona nic do gadania, bo prawo plemienne na wyspach jest ponad prawem rzadu Vanuatu – my robimy tu co, sami chcemy ! O ekonomie sie nie martw, my dosknale wiemy jak zbierac dojrzale kokosy i jak uzyskiwac z nich kopre, jak uprawiac krzaki kava na eksport i potrafimy lowic ryby i krewetki i zbierac dzikie banany i pomarancze! Ty tu bys zamieszkal w tym wlasnie domu naszego plantatora - on juz tu nie wroci!! Pracowalbys dla naszej plemiennej ekonomii tylko rano i to palcem. Staniesz wtedy na werandzie i palcem zaczniesz kierowac nas do pracy – np. od Ciebie bedzie zalezalo, kto dzis bedzie zbieral kokosy, a kto banany, kto bedzie zaszywal worki z kopra, a kto uda sie na ryby!!! I to wszystko - my potrzebujemy takiego wlasnie bialego, ktory nam powie, co mamy robic!! Ale za to spodziewamy się, ze ty spowodujesz naprawe linii telefonicznej i swiatla na boi, ty zalatwisz, zeby kopra szkunery przyplywaly czesciej, ty nam przepedzisz wszytkie te komary, zebysmy nie umierali na malarie i wynegocjujesz z Port Vila obnizke cen dla nas tu i owdzie!!!

Niestety, z prawdziwym zalem musialem odmowic ich prosbie - i to z wielu powodow!! Wtedy właśnie w roku 1986 prowadzilem zabiegi o przyznanie mnie i mojej rodzinie - zonie i synowi pozostalym w Polsce - stalej rezydencji jak nie w Kanadzie, to w Australii albo Nowej Zelandii.

Z Crabb Bay poplynelismy do Norsup, gdzie podczas dwudniowego postoju wyladowalismy meble doktora. Poznalismy wtedy Naczelnika plemienia Duze Nambasy, ktory zmonopolizowal handel kopra i kava na swoim terenie i byl uwazany za miejscowego milionera. Spotkanie Jonathana, syna wodza plemienia Small Nambas z Naczelnikiem Big Nambas, zapisalo nowa karte w historii wyspy! Bylo to prawdziwe Plemienne Spotkanie Na Szczycie! Jedni o drugich wiedzieli cos niecos, ale komunikacja pomiedzy tymi plemionami nigdy wlasciwie nie zostala nawiazana. Na przeszkodzie stalo pasmo gorskie przebiegajace rownoleznikowo poprzez srodek Malekuli, dzielac ja fizycznie na czesc poludniowa i polnocna. Gory byly dosc trudne do przebycia na piechote, z drugiej strony i jedni i drudzy nie mieli specjalnego powodu, zeby bawic sie w “odkrywcow – ryzykantow” i narazac zycie w przepastliwych gorach porosnietych gesta dzungla, gdzie nie rosna ani banany, ani kokosy? Tym bardziej, ze czarownicy z obu plemion karmili swoich wspolplemiencow opowiesciami, ze w tych gorach zyja tacy mali kanibale - Meninemboas - czyli srodkowi, ani duzi ani mali, i ze grasuje tam stworzenie typu Yeti, cos w rodzaju Wielkiej, Czarnej Malpy o nazwie Sep-Sep. O ile wiadomosci o Sep-Sep okazaly sie niedawno strachem na wroble dla maluczkich, to teoria, ze w srodku wyspy zamieszkiwali wieki temu jacys mali ludzie, typu Homo florensis - czyli jacys jakby Hobbici - ma potwierdzenie w ostatnio publikowanych badaniach archeologicznych. Podobne teorie o “menehue”, czyli karlach z Hawajow i Tahiti, zamieszkujacych tam przed przybyciem Polinezyjczykow z pld-wsch Azji, byly takze wysuwane w plemiennych opowiesciach Maorysow na Nowej Zelandii i Polinezyjczykow na Hawajach i innych wyspach Pacyfiku. Tak ze to “Spotkanie Na Szczycie” Small - i Big Nambas w porcie Norsup bylo pierwszym “oficjalnym” kontaktem miedzy przedstawicielami “starszyzny” obu plemion - a odbylo się tylko dzieki temu, ze Jonathan z plemienia Small Nambas mogl przybyc na pokladzie Polskiego Zaglowca Horn!!!

!NB. Jesli ktos bedzie chcial dowiedziec sie troche wiecej o wyspie Malekula, a zwlaszcza o plemieniu Small Nambas, to zainteresowanych odsylam do ksiazki pt “Poslubilam Przygode”, autorstwa niejakiej Osa Johnson, która wraz z mezem, Martinem Johnstonem, udala sie tam z kamera wiele lat temu. Przezywali oni prawdziwe, czasami mrozace krew w zylach przygody w krainie kanibali. Wydawnictwo “Iskry”, seria “Dookola Swiata”, wydane chyba we wczesnych latach 70-tych?

Po wyjsciu z Norsup wzielismy kurs na Luganville, stolice wyspy Espiritu Santo. Po dwudniowej zegludze, pozostawiajac na lewym trawersie wyspe Malo i walczac z dosc silnymi pradami przyplywu i odplywu w kanale dzielacym Malo od Espiritu Santo, przybilismy do nabrzeza portu Luganville (W skrocie Santo, bo Luganville to dla miejscowych nazwa zbyt dluga). Santo oferuje turystom dwie olbrzymie atrakcje - pozostalosci/pamiatki Drugiej Wojny Swiatowej na Pacyfiku. Pierwsza to wrak 40.000 ton statku pasazerskiego SS “President Coolodge”, ktory pelnil funkcje transportowca oddzialow US Marines i ktory to wylecial w powietrze na wlasnej minie tuz na przeciwko nabrzeza Luganville w 1945 r. na kilka dni przed kapitulacja Japonii! Wraku lezacy dziobem na glebokosci 10 m, a rufa na 50 m, oferuje mniej i bardziej doswiadczonym pletwonurkom znakomite warunki do nurkowania na swoje poklady, zapelnione do dzis Jeep-ami, karabinami M-16 i tysiacami butelek CocaColi. Nurkowanie ten wrak jest profesjonalnie organizowane przez australijskich operatorow nurkowania swobodnego. Druga atrakcja z czasow wojny to tzw. “Million Dollar Point” - miejsce zatopienia wojskowego sprzetu. Na Nowych Hebrydach, zwlaszcza na Efate i Espiritu Santo, podczas wojny wybudowano bazy armii USA. Na pld. cyplu Espiritu Santo znajdowala sie jedna z nich. Znajdowaly sie tam setki jeepow, tankietek, ciezarowek, samolotow, amunicja, czesci zamienne itd. Po wstepnych kalkulacjach kosztow transportu tego calego cmentarzyska wojskowego, Amerykanie doszli do wniosku, ze jest to nieoplacalne, wiec zaoferowali owczesnym wladzom kolonialnym Nowych Hebrydow sprzedaz tego calego towaru,”zusammen” do kupy, za bardzo, ale to bardzo przystepna cene, w zasadzie po cenie zlomu! Lecz owczesne anglo-francukie wladze uznaly, ze jesli nie oplaca sie tego zabierac do domu, to pewnie wszystko tak czy inaczej tu zostawia, to po co wydawac na to pieniadze - i odmowili! A Amerykanie dostali wtedy piany na ustach i buldozerami zepchneli caly ten dobytek do wody!!! Do dzis, w czasie odplywu, mozna tam zobaczyc setki rdzewiejacych wrakow – stad sie wziela nazwa tej plazy - Million Dollar Point!! Przyrzeklismy sobie wtedy wszyscy w zalodze, ze obejrzymy ta plaze i ponurkujemy na wraku ”Pres. Coolidge”, jak wrocimy z wyprawy do interioru wyspy Santo. Interior nalezalo zaatakowac, startujac z pln. wybrzezy Santo - Zatoki Big Bay, po sladach pierwszych europejskich “odkrywcow” wysp Pacyfiku.

Jak pamietamy, Magellan byl pierwszym europejskim zeglarzem, ktory “odkryl” Pacyfik po przejsciu pewnej patagonskiej ciesniny, nazwanej od tego czasu jego imieniem, z Atlantyku na Pacyfik. To byla pierwsza hiszpanska ekspedycja na te, naonczas nieznane wody! (Nieznane Europejskim zeglarzom, ale dobrze znane Polinezyjczykom, i jesli wierzyc w teorie Thora Heyerdahla, rowniez pradawnym zeglarzom, Inkom, ktorzy podobno wypuszczali sie tratwami z wybrzezy Peru na zachod, zgodnie z zachodnimi pradami i wiatrami, i ktorzy to mieli kolonizowac wyspy pld-wsch Pacyfiku (tylko jak potem wracali do domu na swoich tratwach, o tym nic Heyerdahl nie wspomina?).

Nastepnym hiszpanskim “odkrywca” Pacyfiku byl Alvaro de Mendana, ktory poodkrywal tam nieco wysp i jak wrocil do domu i opublikowal swoje memorialy z tej podrozy, to jego relacje o tych mlekiem i miodem plynacych wyspach rozbudzily energie nastepnych poszukiwaczy przygod, ale zwlaszcza fortun!!! Jednym z takich marzycieli byl niejaki Pedro de Quiros, ktory w Roku Panskim 1606 wyplynal z Panamy na zachod na dwoch statkach. Jednym dowodzil on, a drugim jego zastepca, Luis Vaz de Torres. Quiros gral tam pierwsze skrzypce jako nawigator i komendant tej calej floty, a Luis mial przykazane plynac tylko sladami kilwaterow statku Quirosa. Celem tej calej ekspedycji mialo byc po pierwsze - odkrycie mitycznego Poludniowego Kontynentu, ktory to na Poludniu Globu mial rownowazyc ziemski balast, bedac przeciwstawnym ciezarem kontynentow Europy i Azji - bo gdyby go nie bylo, nie daj Bog, to Ziemia mogla by sie przeciez wywrocic do gory nogami i co wtedy? Strach pomyslec! Wiec ten mityczny kontynent, nazywany Terra Incognita (Ziemia Nieznana) nalezalo odkryc jak najszybciej! Tym bardziej, ze znajdowac sie tam - NA PEWNO - mogly wielkie poklady zlota, srebra, korzeni itd??? No i na pewno mieszkac tam musza jakies ludy, ktore nalezalo nawrocic na Katolicka Wiare, zeby ich dusze po smierci nie poniewieraly sie w Piekle! Ten ostatni powod, nawrocenie dzikich na wiare, zaraz znalazl poparcie - jak rowniez zdrowe dofinansowanie wladz koscielnych - jako ze takie idee byly wtedy bardzo politycznie i religijnie poprawne!!!

Quiros po wyjsciu z Panamy na Pacyfik dokonal pewnego cudu nawigacyjnego, ktorego potem nikomu nie udalo sie powtorzyc! Na calej tej trasie z Panamy do tej swojej wysnionej Terra Incognita - ktora okazala sie byc wlasnie wyspa Espiritu Santo - nie zaoczyl zadnego innego ladu - ani Tahiti, ani atoli Tuamotu, ani archipelagu Fiji, ani Tonga! Pierwszym ladem, ktory sie ukazal jego oczom, byly polnocne wybrzeza Espiritu Santo! Quiros i Luis Vaz de Torres oplyneli polnocno wschodni cypel Espiritu Santo i zakotwiczyli swoje zaglowce w Wielkiej Zatoce - Big Bay. Zatoka jest obszerna, ale nie bardzo oslonieta od polnocy i w istocie dosc niebezpieczna dla zaglowcow stojacych tam w okresach cyklonow!

Po rzuceniu kotwic Quiros popadl w prawdziwy trans religijny - oto wreszccie odkryl nowy Poludniowy Kontynent, ta wlasnie Terra Incognita. Jednak w tym swoim transie nie zadal sobie trudu oplyniecia tego kontynentu dookola, zeby się przekonac o jego powierzchni itd. wymiarach – i zaraz nazwal go Austrialia del Espiritu Santo!! (AUSTRIALIA!!! Nazwa “Australia” przyszla pozniej, juz w czasach, kiedy Korona Brytyjska zalozyla swoje kolonie na tym kontynencie) - czyli “Poludniowa Ziemia Swietego Ducha”!!! Przysnilo mu sie wtedy, ze odkryl Nowa Jerozolime, ktorej podwaliny zaczal zaraz zakladac, zmuszajac obie zalogi do wznoszenia kamiennych murow obronnych przy ujsciu rzeki – nazwal ta rzeke Jordan! Na brzegach Wielkiej Zatoki Poludniowego Kontynentu Swietego Ducha zaczeto budowac solidne podwaliny pod przyszle Katolickie Poludniowe Imperium Sw. Ducha!!!

Problemy z budowa tej Nowej Jerozolimy zaczely sie w kilka dni pozniej. Zalogi obu okretow, ktore wyruszyly na ekspedycje, mialy nadzieje na znalezienie rozmaitych skarbow na wyspach Pacyfiku - takich jak zloto, srebro, drogie kamienie albo chociaz jakies korzenie, pieprz, cynamon, galka muszkatolowa, ktore można by potem korzystnie odsprzedac w Europie. Zapisali sie do zalogi nie po to, zeby dzwigac kamienie z dzungli na plaze! I tak juz po paru dniach stwierdzili, ze nic tam nie ma na tej wyspie - jak potem wspominali w domu - tam tylko slychac Murzynow, jak dziko wyja po lasach! Luis Vaz de Torres byl tego samego zdania i obie zalogi zaczely sie Quirosowi buntowac!! Nie wiadomo, jak by sie to skonczylo, ale nastepnego dnia Palec Bozy skierowal nad Espiritu Santo pierwsze podmuchy cyklonu! Widzac, co sie swieci, Torres zaraz podniosl kotwice i wyhalsowal z zatoki na pelne morze. Quiros zrobil to samo dopiero nastepnego dnia i juz sie wiecej nie spotkali, bo kazdy wrocil do domu inna trasa. Torres, ktory pozeglowal na pln-zach, przy okazji odnalazl Ciesnine pomiedzy pln cyplem Australii, a pld brzegami Nowej Gwinei, znanej nam teraz jako Torres Strait!

Od dawna chcialem zawitac do tej Big Bay, zeby sie przekonac, czy pozostalosci murow-podwalin pod Nowa Jerozolime jeszcze tam stoja, i przy okazji przejsc na piechote z pln. Santo na poludnie! Poniewaz Big Bay jest niezbyt bezpieczna zatoka do pozostawienia tam jachtu na kotwicy, zaczalem sie glowic, jak inaczej sie tam dostac. Jeszcze w Luganville, po zasiegnieciu tzw. jezyka tu i owdzie poradzono mi, zebym zaszedl do Zatoki Palikulo na wsch. wybrzezu Santo - i dobrze, ze posluchalem tej rady! Palikulo Bay okazala sie wysniona na takie cele zatoka. Dobrze osloniete koralowymi glowkami wejscie, glebokosci rzedu 5 metrow, dobrze trzymajace kotwice piaskowe dno i jak przystalo na taka rybacka baze (bo liczne miejscowe kutry rybackie pod flagami Vanuatu i Japonii rowniez korzystaly z tej zatoki) - w Palikulo na piaszczystym brzegu znajdowal sie prawdziwy pub, serwujacy europejskie trunki. Podczas przyplywu mozna tam bylo sie dostac baczkiem az pod sama lade-szynkwas, a podczas odplywu trzeba bylo przejsc po mokrej plazy cos 20 m, zeby wypic piwo albo i trzy!!!

Palikulo oferowala rowniez wspaniale warunki do nurkowania swobodnego, z fajka w zebach i pletwami na nogach, tam tez spotkalem podczas takiego nurkowania MOJEGO PIERWSZEGO Diugonia – czyli krowe morska. Wcale sie mnie nie bal i moglem go podziwiac do woli, jak zerowal na dnie zatoki, jedzac morska trawa!)

W Palikulo Bay poznalismy mlodego Per’a z Danii. Per byl instruktorem – nauczycielem, ktory w ramach International Aid znalazl sie na Vanuatu jako instructor-doradca miejscowych rybakow. Japonscy rybacy nie potrzebowali zadnych takich instrukcji, ale miejscowych z Vanuatu Per uczyl, jak sie stawia sieci, jak sie je wybiera, jak sie stawia long line, itp sztuki. Per z kolei zapoznal mnie z miejscowym proboszczem, Monsigniore Saco, z malutkiego kosciolka na brzegach Zatoki na pln do Palikulo w miejscowosci Port Orly. Gdy zwierzylem mu się z planow “podbicia interioru” Santo i zwiazanych z tym klopotow z transportem, zaproponowal, ze moze mnie i moja ekipe zawiezc swoim pojazdem z Palikulo Bay do Big Bay. W ten sposob zostal rozwiazany glowny problem, bo juz jak przejde z Big Bay przez interior do Luganville, to stamtad jest bardzo dobra komunikacja autobusowa do Palikulo. Francoise postanowila wziac udzial w tej ladowej wyprawie, towarzyszac mnie i Jonathanowi cala droge z polnocy na poludnie. Zapewne sadzila, ze bedzie to taka sama latwa i szybka podroz, jak nasz splyw na Fiji rzeka na wyspie Viti Levu zeszlego roku? Gerd i Lars zapewnili, spogladajac na strzecha kryty pub na plazy, ze raczej zostana w Palikulo i oczywiscie doloza wszelkich staran, jesli chodzi o bezpieczenstwo Horna (Lloyd opuscil Horna jeszcze w Luganville, skad odlecial do domu do Sacramento, California – rodzinne dramaty itd.).

I tak, pewnego dnia rankiem zapakowalismy sie w trojke, Francoise, Jonathan i ja, do pojazdu ksiedza proboszcza i po paru godzinach wyladowalismy na brzegach Big Bay, tuz przy ujsciu rzeki Eora (tej nazwanej kiedys Jordanem). Ksiadz nie bardzo wierzyl, ze uda nam sie przejsc przez te dzikie dzungle i gory i myslal, ze wrocimy sie stamtad z podwinietym ogonem. Dlatego tez powiedzial nam, ze on tu poczeka na nas ze trzy dni, na wypadek, gdybysmy wracali, a jak nie wrocimy, to znaczy, ze dalismy sobie rade z gorami i dzungla albo zostalismy zjedzeni przez kanibali. Nie udalo nam sie napotkac tych murow-podwalin Nowej Jerozolimy, budowanej przez Quirosa i jego ludzi; jesli tam kiedys byly, to wiatry i fale morskie rozniosly je juz dawno temu... Pierwszego dnia naszej wedrowki, podczas polgodzinnego taplania sie w blocie-rozlewiskach rzeki, ktore to bagna trzeba bylo pokonac, zeby wyjsc na suche pagorki, Francoise doszla do wniosku, ze to nie bedzie taka latwa wycieczka i postanowila wrocic z ksiedzem do Palikulo.

Wyruszylismy wiec we dwoch, Jonathan i ja. Nasze wyprawa, przejscie na piechote wyspy Santo z Big Bay do Luganville, trwala tydzien. Interior Santo to strome, wysokie gory, przepascie, slowem byla to bardzo trudna ekspedycja. Wnetrze Santo jest prawie niezamieszkane, musielismy niesc w naszych plecakach zywnosc i wode – tylko czasem udawalo sie nam natknac na pomaranczowe drzewa. Po czterech dniach wedrowki dotarlismy do malutkiej osady na samym grzbiecie gorskiego pasma, gdzie zobaczylismy trzy malutkie chatki, zamieszkane przez dwie-trzy rodziny! Zostalismy tam serdecznie przyjeci na noc, poczestowano nas miejscowa potrawa lap lap i oczywiscie czarkami kava. Jonathan dowiedzial sie wtedy, ze ja jestem pierwszym bialym czlowiekiem, jakiego ci krajowcy widza! Oni cos niecos wiedzieli, ze jacys bialy ludzie zyja na wybrzezach ich wyspy, ale nigdy ich nie widzieli. Wodz tego trzy-chatkowego plemienia, Karaitambo mial kilkuletniego syna, Rapnutnu, ktory pocieral mi skore u rak, zeby sie przekonac, czy taki Ambat jak ja nie jest przypadkiem pomalowany na bialo? Wlasnie ten fakt, ze bylem wtedy pierwszym bialym w tej okolicy, zostal w mojej pamieci jako absolutne apogeum/szczytowe osiagniecie mojej wyprawy/przygody na Pacyfiku!!! Przejscie z pln na pld przez interior Santo bylo jedna z najtrudniejszych wypraw gorskich, jakich doswiadczalem uprzednio w Tatrach, Alpach Nadmorskich i Himalajach!! Po dotarciu do Luganville Jonathan pozegnal sie ze mna, postanawiajac wrocic na Malekule jakims jachto-stopem albo innym kopra szkunerem. Obiecalismy sobie, ze tak czy inaczej znowu spotkamy sie na Malekuli, niewazne, kiedy to nastapi! (I nastepowaly te spotkania na Malekuli kilkakrotnie, ale odwiedzalem Malekule juz nie jachtem, lecz samolotem).

Autobusem wrocilem do Palikula. Po podniesieniu kotwicy poplynelismy do Luganville, zeby tam dokonac “wyjsciowej” odprawy celnej - kierunek Nowa Kaledonia. Podczas postoju w Luganville, zokretowala sie nam na poklad mloda Francuzka, Katy, rezydentka Nowej Kaledonii. Wlasnie lamala sobie glowe, jak sie tu dostac z Luganville do domu, kiedy doszly ja wiesci, ze ten czarny jacht pod bialo-czerwona bandera wlasnie sie tam wybiera! I tak lewym halsem pozeglowalismy najpierw na poludnie, a po zaoczeniu wyspy Walpole nalezalo pojsc juz baksztagiem w kierunku na Noumea - stolice Nowej Kaledonii. Wyspa Walpole ukazala sie nam po prawej burcie w strugach deszczowych szkwalow. Jak donosila miejscowa locja - jest to niezamieszkala wyspa, na ktorej roi sie od olbrzymich, kolorowych pajakow! Kotwicowisko w slabo oslonietej zatoce jest tam w zasadzie bezpieczne, ale nalezy go unikac w czasie silniejszych podmuchow pasatu! Tak ze w ciagu dwoch dni doplynelismy do Noumea.

Horn w Numea

Wejsc do Noumea planowalem w piatek, tuz przed weekendem, liczac na to, ze imigracja francuska nie bardzo bedzie zainteresowana faktem, ze moja wiza na Nowa Kaledonie, wbita w polskim paszporcie, unieswiezyla sie cos rok temu! Wszystko, co chialem zobaczyc w Noumea, to tamtejsze akwarium, podobno najlepiej zorganizowane i najwieksze na Pacyfiku. Francuskie sluzby imigracyjne szybko podstemplowaly paszporty Gerda, Larsa i Francoise, a dostaly prawie ataku serca, jak zobaczyly moj paszport, a w nim juz od roku niewazna wize. Oswiadczyli, ze mam zostac tam az do poniedzialku, zeby sie po weekendzie wytlumaczyc dlaczego i po co w ogole zaszedlem do Noumea i czy nie jestem - Mon Dieux!!! - jakims sowieckim szpiegiem na Polskiej Republiki Ludowej paszporcie!!!! Co mi wcale nie przeszkodzilo wtedy odwiedzic w sobote to akwarium i muzeum Kanakow w Noumea. W poniedzialek, po wielu godzinach delibracji, wydano mi nowa wize do Nowej Kaledonii. Jak zauwazylem, ze jest ona wazna tylko na jeden dzien, to powiedziano, ze mozna ja przedluzyc i przedluzyc da capo al fine! Po wyjsciu oficjeli z jachtu podszedl do nas mlody czarnoskory Melanezyjczyk - powiedzial po francusku, ze nosimy taka piekna bandere!! O co mu chodzi - spytalem sie wtedy Katy? Po krotkiej rozmowie Katy wyjasnila, ze to jest przedstawiciel/agent calego tego ich Ruchu Niepodleglosci Kanakow Nowej Kaledonii i wlasnie chcialby mi zlozyc propozycje szmuglowania broni i amunicji z Australii do pln czesci wyspy? Pieniadze nie maja dla nich znaczenia, ruch jest bogaty itd! Poprosilem wtedy Katy, zeby mu powiedziala, zeby spadal stad jak najszybciej!! Z Noumea wyszlismy we wtorek, kursem prosto na Sydney, i po ominieciu w bezpiecznej odleglosci Raf Elizabeth i Middleton, ktore lezaly na kursie, weszlismy po paru dniach na dobrze mi juz wtedy znane wody zatoki Port Jackson, czyli do Sydney Harbour i po odprawie poplynelismy do Balls Head Bay, zeby rzucic tam kotwice - tym razem juz na dluzej!!!

--- ---


Komentarze