o Klubie
Sprawy formalne Kosztorysy Rozliczenia Ciekawostki
Warszawski Yacht Club ZSP powstał jesienią 1962 roku. Prowadzono kursy na stopnie żeglarza/sternika jachtowego. Początkowo baza sprzętu klubowego mieściła się na przystani AZS przy Wale Międzeszyńskim. W roku 1970 były już na pewno 4 drewniane omegi, a może i 6 - wspomina Paweł Mensz, który był przystaniowym w WYCu - dwie omegi, takie ładne z jasnego drewna były nowsze. Klub WYC nie miał osobowości prawnej, formalnie stanowił filię Oddziału Warszawskiego Biura Podróży i Turystyki Almatur. Co roku przygotowywano plan działalności - rejsów śródlądowych czy morskich, wyjazdów zimowych i tzw. 'szkoleniowych', pod którym to pojemnym pojęciem mogło zmieścić się dosłownie wszystko. Plany wraz z kosztorysami podlegały zatwierdzeniu w odpowiedniej instancji. Obozy na Mazurach dofinansowane były przez Radę Okręgową ZSP (później SZSP). W rozliczaniu kosztów uczestnicy nierzadko wyróżniali się wielką pomysłowością - patrz dalej.
W latach 1971-73 przystaniowym na Wale Międzeszyńskim był Marek Wiliński. Jego największym osiągnięciem było - jak wspomina - skompletowanie załóg do rejsu pod prąd na pychach na Mazury. Ci 'wariaci' dostarczyli na Mazury trzy omegi, byli to głównie chłopcy z ASP - pomalowali pokłady omeg na czarno, a na tym jakieś kwiatki. Żeby zakwalifikować się na obozy, trzeba było wykazać się pracą przy sprzęcie. Marek jako przystaniowy prowadził listy godzin pracy.
Przez kilka lat studenci-żeglarze pływali głównie na śródlądziu. Bazą wypadową na Mazurach był ośrodek Almaturu w Giżycku nad jez. Kisajno. W 1972r. dwie omegi popłynęły Dunajem na Morze Czarne i stacjonowały w Warnie. W 1973r. dokupiono kabinowe ramblery, którymi następne załogi tą samą trasą dołączyły do omeg. Jeszcze przez rok czy dwa organizowano na nich rejsy po Morzu Czarnym. Łódki na Wale Międzeszyńskim stały w wojskowych namiotach (12-tki). Gdy przystaniowym był Witek Kępka, powstała solidna drewniana budka, w której można było przechowywać cenniejsze rzeczy. W roku 1974, gdy przystaniowym był Paweł Mensz, zapadła decyzja o przeniesieniu sprzętu do przystani AZS w Nieporęcie. Budkę trzeba było rozebrać i uprzątnąć teren. Nadarzyła się doskonała okazja do uroczystego zakończenia naszej działalności nad Wisłą - zdjęcia poniżej.
![]() |
| Irek Waś 'Baryła' (stoi), Jurek Waciński (siedzi) |
![]() |
| z prawej Mateusz Turkowski |
![]() |
| 'Cienka' - później pani Kosek |
Od roku 1975 wycowski sprzęt śródlądowy stacjonował w bazie AZS w Nieporęcie nad powstałym w 1963r. Zalewem Zegrzyńskim. Pod koniec lat 70-tych do łódek drewnianych dołączyło 5 omeg o niebieskich plastikowych kadłubach i sklejkowym pokładzie, pozyskanych z ośrodka w Lucieniu. Baza AZS w Nieporęcie mieściła przystań w zatoczce, w której szybko zrobiło się ciasno i kilka hektarów terenu, na którym stało parę hangarów, baraków noclegowych, bar "Magda" i kible. Przez ponad 10 lat WYC dostąpił jedynie zaszczytu trzymania żagli, bomów, mieczy i pozostałego wyposażenia ruchomego w kiblu (na 5 'fajerek'), odległym o 200 m od brzegu kanału Żerańskiego, przy którym stacjonowały żaglówki. Wtedy sprawami sprzętu zajmował się Tadek Strzałkowski. Omegi zimowały pod gołym niebem, odwrócone dnem do góry.
![]() |
| Transport omeg w Lucieniu |
![]() |
| Na Wiśle - Michał Zaborowski |
![]() |
| Nieporęt - Bożena Rubczyńska i Hanka Radzanowska |
![]() |
| Nieporęt - Teresa Babula i Wiesiek Łochowski |
Żeglarze z WYCu indywidualnie brali udział w rejsach morskich na dostępnych jachtach krajowych. W tych czasach możliwości opuszczania terytorium PRL były ściśle reglamentowane. Oprócz paszportów na rejsy zagraniczne można było starać się o tak zwane 'klauzule na pływania morskie', co umożliwiało pływanie po Bałtyku, ale bez zawijania do obcych portów (rejs wokół Zelandii był w tych kategoriach rejsem krajowym). Wybierający się na morze żeglarze musieli obowiązkowo przechodzić badania w przychodni sportowo-lekarskiej (YMCA), jak olimpijczycy. Pod koniec lat 60-tych powstała w WYCu inicjatywa budowy własnego jachtu morskiego.
![]() |
Gienek Moczydłowski wspomina:
Od 1969 roku kilku studentów warszawskich uczelni, żeglujących w Warszawskim Yacht Clubie ZSP, przez dwa i pół roku odrabiało przez nikogo nie zadane ćwiczenie na temat: jak zdobyć niemałe pieniądze na budowę jachtu oceanicznego w sytuacji, gdy instytucje, które pieniędzmi dysponują, nie widzą w tej pięknej inicjatywie żadnego interesu dla siebie (...) Okazało się jednak, że to nie takie trudne, oraz – co najważniejsze, – że to działa! Jeżeli instytucja nie ma interesu w dofinansowaniu inicjatywy społecznej (w dzisiejszej nowomowie – sponsoring), to może udzielić wsparcia tylko wtedy, jeśli za inicjatywą stoi ktoś, kto pociąga ważne sznureczki kukiełkowego teatru władzy – ktoś, na kim bardzo zależy „szmalcownym” instytucjom lub zakładom (...) Należało uderzyć do kogoś, kto siedzi na niezbyt wysokim koźle, ale powozi całym zaprzęgiem i jest podejrzewany o sympatie dla romantycznych narwańców. Na długich, wieczorowych seminariach wytypowany został ostatecznie szef Urzędu Rady Ministrów, minister bez teki, Janusz Wieczorek. Z perspektywy czasu można ocenić, że wybór był genialny. Przede wszystkim minister Wieczorek wspierał wyprawę Leonida Teligi i słusznie był bardzo z tego dumny. Co ważniejsze jednak, był odpowiedzialny za rozdział dewiz, jeśli się nie mylę, w całej Polsce.
Oczywiście minister Wieczorek musiał uzyskać żelazne argumenty zaświadczające, że to budowanie jachtu ma ręce i nogi, oraz że nosi znamiona inicjatywy społecznej. W tym celu – z udziałem prasy – zostało zorganizowane zarobkowe odśnieżanie warszawskich ulic pod hasłem „Własną pracą, własnym potem, na Tahiti jedziem potem”. Pieniądze z tej akcji były żadne, ale efekt propagandowy w postaci albumu z doniesieniami prasowymi – imponujący. Minister w końcu zgodził się objąć honorowy patronat. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, „Społeczna akcja budowy jachtu dla studentów środowiska warszawskiego” nabrała rozmachu. Nazwisko honorowego przewodniczącego komitetu zamieniło nasze standardowe pisma proszalne w brzęczącą monetę – upragnione złote polskie. Konto budowy jachtu pęczniało, ale kiedy przyszło do podpisania umowy ze stocznią jachtową, okazało się, że Rada Naczelna ZSP kupiła z tych pieniędzy maszyny do pisania i inny sprzęt biurowy!
Nie to było jednak najgorsze. Szefostwo ZSP doszło do wniosku, że żeglarstwo jest niebezpieczne i nie będzie budowania żadnych jachtów. „Jeśli ktoś się utopi, to kto pójdzie siedzieć?” – pytała nasza „waadza” bezsensownie, choć po przyjacielsku. Na kursach wieczorowych – nie bez udziału „spirytus” movens z popularnej mety za Halą Mirowską – wypracowaliśmy projekt consensusu: WYC odczepi się od wydatków na maszyny i biurka, a Rada Naczelna ZSP nie będzie rzucać kłód pod nogi „inicjatywie społecznej”. Projekt przeszedł we wszystkich instancjach.
Czternastometrowy mahoniowy jol, zbudowany w Gdańskiej Stoczni Jachtowej „Stogi”, został uroczyście ochrzczony imieniem Konstanty Maciejewicz 12 lipca 1971 roku (...) Cud zaistnienia „Macaja” polegał na tym, że zbudowany został za pieniądze instytucji, którym wcale na jego budowie nie zależało.
![]() |
| Matka chrzestna otrzymała oficjalne potwierdzenie. |
Ciąg dalszy wspomnień wg. Aneksu do książki "Pod żaglami i na cumach":
Kilka udanych rejsów po Bałtyku umocniło nas w przeświadczeniu, że oto stoimy przed niepowtarzalną szansą wyruszenia na Wielką Wodę (...) Działaliśmy głównie we czwórkę: Maciek Gumplowicz, Jurek Jaszczuk, Leszek Kosek i ja. Dla państwowych instytucji byliśmy ludźmi znikąd. Bez zaufanego sojusznika – skazanymi na porażkę. Po prostu nikt by nawet nie wziął do ręki naszych pism – majstersztyków wodolejstwa. Ówczesny szef Rady Okręgowej ZSP Henio Dębiński rozumiał nas i ufał nam niemal bezgranicznie. Jego wsparcie było nie do przecenienia w tej grze pozorów. My udawaliśmy wzorowy, młodzieżowy, socjalistyczny z ducha, choć apolityczny ciałem aktyw. Decydenci udawali, że w to wierzą.
Pierwszy pomysł to był rejs dokoła Skandynawii w 30. rocznicę pierwszego alianckiego konwoju do Murmańska. Hasło wydawało nam się umiarkowane w stosunku np. do rejsu na Wyspy Kanaryjskie z okazji 101. jubileuszu nawiedzenia ich przez Lenina. Wydawało nam się, że w okresie wczesnogierkowskiej odwilży nasze hasło powinno chwycić. I rzeczywiście – w kraju chwyciło. Jednakże główną przeszkodą okazało się uzyskanie pozwolenia władz Związku Radzieckiego na przepłynięcie jachtem Kanału Białomorskiego (...) Okazało się, że „nielzia”, bo żadnych konwojów alianckich do Murmańska nigdy nie było. My, konieczno, tonkij namiok poniali. (W innej wersji).
Później (...) dostaliśmy zaproszenie do udziału w regatach Cape Town – Rio de Janeiro. Dwa legendarnie piękne miasta – to było to! Maciek pozyskał na szefa znakomitego kapitana, ważną figurę w Polskim Związku Żeglarskim. Jednak szybko zorientowaliśmy się, że przyszły dowódca wyprawy nie zamierza przekroczyć etapu planowania (...) Znaleźliśmy się w pułapce. Przecież nie możemy „zwolnić” ważnej postaci z PZŻ – absolutnego monopolisty w ocenie wszelkich poczynań żeglarzy (...) Wysokie czynniki wydały bezwzględny zakaz jakichkolwiek kontaktów z krajem, w którym obowiązuje segregacja rasowa, czyli z RPA. Po prawie roku starań byliśmy w gorszej sytuacji niż na początku.
By bezboleśnie rozstać się z dotychczasowym dowódcą (...) takim posunięciem było po prostu rozwiązanie Pierwszej Studenckiej Wyprawy Dokoła Atlantyku z powodu negatywnego stanowiska władz politycznych. Jednocześnie, z zachowaniem szczególnej ostrożności, rozpoczęły się działania organizacyjne Pierwszej Studenckiej Wyprawy Dokoła Południowej Ameryki. Zasady konspiracji były przestrzegane na tyle starannie, że sekretarz generalny PZŻ dowiedział się o wyprawie tuż przed jej wyruszeniem. Jest bardziej niż pewne, że gdyby organizacja wyprawy była jawna, nigdy by do niej nie doszło. Przy organizacji wyprawy „Macaja" pomagało nam wielu ludzi (...) Jednym z nich był wspomniany Henio Dębiński, a drugim Stefan Sawicki. Należy im się wielkie uznanie i wdzięczność (...) Pan Stefan Sawicki to ojciec jednego z żeglarzy WYC-u. Pracował w Ministerstwie Żeglugi i uważał, że należy nam pomóc. Umówił nas na spotkanie z ówczesnym ministrem żeglugi Jerzym Szopą (...) Minister zapytał ze śmiechem:
– To gdzie się, chłopcy, wybieracie?
Po kwadransie długim jak wiek, było po wszystkim. Pan Stefan tak nas ministrowi zarekomendował, że wizyta stała się miłą formalnością. Minister wyznaczył Polskie Linie Oceaniczne na sponsora rejsu (...) Przygotowania przebiegały dość sprawnie aż do momentu, kiedy minister żeglugi wystąpił do Urzędu Rady Ministrów o przydział 1000 dolarów dla PLO, w celu pokrycia zagranicznych wydatków wyprawy. Mijały miesiące, a odpowiedź od ministra Wieczorka – sponsora budowy „Macaja” – nie nadchodziła (...) Postanowiliśmy nie poddawać się bez walki. Ze świadomością, że „bój to jest nasz ostatni”, napisaliśmy pismo na firmówce Warszawskiego Yacht-Clubu ZSP, ponaglające szefa URMu ministra Janusza Wieczorka, by przyznał PLO dewizy na studencką wyprawę, o które wystąpił minister żeglugi Jerzy Szopa. Pamiętnego czerwcowego dnia leżeliśmy na ławeczkach w parku Łazienkowskim przed URMem, czekając na efekt naszego karkołomnego elaboratu (...) Co godzinę telefonowaliśmy do bezinteresownie sprzyjającej nam (do dziś nieznanej) sekretarki ministra Wieczorka z pytaniem, czy jest odpowiedź. Gdzieś koło południa sekretarka-anioł powiedziała przez telefon:
– Minister podpisał zgodę na przydział dewiz.
Dwudziestego października 1972 roku (...) rozpoczęła się wyprawa żeglarska, niepowtarzalna i wyjątkowa pod wieloma względami... Start rejsu Strona rejsu
W 1980r. w WYCu opracowany został śpiewnik żeglarski. Mimo, że wydany z adnotacją „do użytku wewnętrznego”, musiał przejść przez cenzurę Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk na ul. Mysiej. Wznowione w 1982 wydanie śpiewnika zaopatrzono w notatkę z okazji 20-lecia założenia WYCu.
Klub wzbogacił się o jachty kabinowe, które stacjonowały w Nieporęcie, a w wakacje służyły do organizacji obozów na Mazurach. Były to 'Teoś'* i 'Łódeczka' klasy nash oraz orion 'Docent'. Ostatnim nabytkiem sprzętowym były bojery klasy DN, wykorzystywane zimą na Zalewie Zegrzyńskim. Później nashe pozostały w Almaturze w Giżycku.
Działalność klubu formalnie zakończyła się w 1989r. wraz ze zmianami dokonanymi w organizacjach studenckich.
Jesienią 2003r. w Kobyłce pod Warszawą odbyło się uroczyste spotkanie z okazji 40-lecia powstania WYC.
![]() |
| Zielony, Jacek, Kordian. |
Komandorzy Warszawskiego Yacht Clubu - listę opracowały Olga Braniecka i Małgosia Scheiner
Andrzej Piskorowski 'Zielony' |
1963 - 67 |
Jacek Kijkowski |
1967 - 68 |
Konrad Dutkowski 'Kordian' |
1968 - 70 |
Leszek Kosek |
1970 - 71 |
Jerzy Jaszczuk 'Szczuka' |
1971 - 72 |
Michał Szafran 'Szafcio' |
1972 - 76 |
Grzegorz Winiarczyk |
1976 - 78 |
Wojtek Dziankowski 'Docent' |
1978 - 82 |
Grzegorz Winiarczyk |
1982 - 84 |
Piotr Świdwiński 'Księgowy' |
1984 - 85 |
Wojciech Grzesiak |
1985 - 87 |
Jarosław Koźluk |
1987 - 89 |
![]() |
| Kosek, Szczuka, Szafcio |
--- Kapitanowie ---
Stanisław Bogdański Andrzej Buchman Marek Grychczyński, Michał Grzejszczyk, Maciej Gumplowicz, Ryszard Ignaszak, Jerzy Jaszczuk, Wojtek Kaliski, Janusz Kawęczyński, Paweł Kędzierski, Piotr Kędzierski, Witek Kępka, Andrzej Kęsik, Leszek Kosek, Anka Kowalska, Wojciech Kownatka, Ewa Kwiatkowska, Paweł Mensz, Piotr Mensz, Genio Moczydłowski, Alek Nebelski, Aśka Pajkowska, Jerzy Rakowicz, Tomasz Scheiner, Wojciech Skórski, Małgosia Strasz, Michał Szafran, Piotr Świdwiński, Stefan Świetliczko, Włodek Tomczak, Mateusz Turkowski, Jerzy Waciński, Marek Winiarczyk, Grzegorz Winiarczyk, Adam Żukowski.
![]() |
| Grzesiek Winiarczyk |
![]() |
| Docent |
![]() |
| Księgowy i Grzesiak |
Realia PRLu czyli życie w kraju biurokracji socjalistycznej
Wspomina Leszek Kosek: - Ja trochę pamiętam, jak wyglądało zdobywanie finansów i potem rozliczanie się z nich. Jak organizowaliśmy rozmaite obozy narciarskie, bojerowe, jeśli chcieliśmy gdzieś spędzić Sylwestra... Pamiętam, bo to ja zawsze wystukiwałem na maszynie do pisania najpierw podanie o dofinansowanie, potem kosztorys itd itd. Finanse mieściły się na 1 piętrze nad naszym “biurem”, a wtedy rozliczenia tam na górze prowadziła księgowa o imieniu Celina. Najpierw trzeba było wymyślić jakiś powód, dla którego “musieliśmy” wyjechać na taki właśnie obóz – najłatwiej było przedstawić wyjazd jako “obóz szkoleniowy”. Jak na przykład w zimie pod koniec grudnia nie było lodu na jeziorach - czyli nie mogliśmy planować “szkolenia” na bojerach, a chcieliśmy wyjechać na Sylwestra, to należało “wymyślić” jakiś inny powód wyjazdu. Najlepiej do tego nadawał się Jan Maria Piotr Łosowski, który potrafił wystąpić wtedy z tematem: "Szkolenie – pod tytułem – Wywrotka w warunkach trudnej żeglugi pod wiatr“. To przechodziło zwykle w wyższych instancjach RO i należało napisać tylko kosztorys obozu, który wyglądał zwykle tak:
1. Termin, miejsce “szkolenia”, liczba dni, liczba uczestników.
2. Koszta zakwaterowania (Ośrodek w Giżycku), wyżywienia, i zaraz potem pod paragrafem koszta – “wieczorek zapoznawczy" - potem "wieczorek pożegnalny – kawa, ciastka “ – tyle a tyle złotych polskich.
3. Odpłatność uczestników – liczba uczestników, liczba dni, odpłatność od osoby itd (Tu zawsze obniżaliśmy koszty ile było można).
4. Dofinansowanie Rady Okręgowej ... (Tu się koszty zawyżało, jak tylko się dało!).
Pozycja 2 miała się zgadzać ”Razem” z pozycjami 3 i 4. I zawsze się zgadzała!
Następnie po powrocie należało iść na górę i przedłożyć kwity itp. dokumenty rozliczeniowe u Celiny. Kiedyś nastąpiła tam taka wymiana zdań:
- Panie Łosowski – ja tu widzę rachunki za ciastka itd., ale również rachunek za kolejne wynajęcia 30 szklanek-literatek? Do czego Wam były te kieliszki potrzebne??
- Pani Celino, na naszym wieczorku zapoznawczym i pożegnalnym literatki służyły do picia herbaty – teraz panuje taka moda w krajach demokracji ludowej – herbatę pije się właśnie z literatek!
- Hmmm, no dobrze!
Adam Żukowski: Łosowskiego spotkałem tylko raz, był ze swoim niedużym kumplem, którego przedstawił: prokurator Schulc. Obydwaj byli w czarnych garniturach. W tych czasach do Gdańska można było polecieć samolotem AN24 - jeśli były wolne miejsca, studenci mieli 50% zniżki. Lecz zdarzały się porwania, czasem lot kończył się w innym kraju. Kapitan zwykle na początku podróży uspakajał pasażerów mówiąc, że nad ich bezpieczeństwem czuwa specjalny personel. Podobno raz po takim komunikacie Łosowski z prokuratorem wstali i wszystkim się ukłonili.
Gienek Moczydłowski: Łosowski, jeden z najbardziej rozrywkowych Wujków w WYC. Czy ktoś wtedy mógł wyobrazić sobie jego późniejszą twórczość? (pisał teksty festiwalowych piosenek, został autorem poezji dziecięcej). Na przykład: https://pl.pinterest.com/pin/103793966389349035/
Łosoch pisywał rozmaite piosenki, często na tematy wojskowe, i sprzedawał je w Głównym Zarządzie Politycznym LWP. Kiedyś zapytał się tam, czy ktoś mógłby dopisać melodię do jego słów - i wtedy padła odpowiedź - niech się pan nie martwi o muzykę, nasi garnizonowi muzykanci dostaną zaraz rozkaz i na jutro muzyka będzie gotowa!
Nieoficjalnie mówiło się, że człowiek ten realizował jednocześnie inne zadania, polegające na monitorowaniu nastrojów w środowisku organizacji studenckich...
Jak rozliczyć koszty?
Rozliczanie obozów wymagało dużej kreatywności. Oczywiście wszystkie wydatki musiały być poparte rachunkami. Trudno było czasami przekonać księgowość, że narciarz musi przyswajać dużo węglowodanów, czyli że półtora słoika dżemu truskawkowego dziennie na osobę to norma. Innym razem udało się rozpisać wódkę na chleb (tu uwaga dla młodego pokolenia - w owych czasach pół litra kosztowało tyle, co 20 bochenków chleba). Na jednym z obozów narciarskich pani w sklepie powiedziała, żebyśmy się o rachunki nie martwili, bo ona jest w temacie i kilka obozów już wyprawiła. Rachunek końcowy był dość prosty: zestaw młodzieżowy nr 3 - 24 razy. Proste nie były wyjaśnienia w księgowości.
Wszystkie sklepy wystawiały rachunki imienne (na obywatela), a tylko niektóre mogły wystawiać na jednostki uspołecznione i to nie na wszystkie towary. Kiedyś udało się przepchnąć w księgowości rachunek na s/y Konstanty Maciejewicz z adresem klubu. Skoro ścieżka została przetarta, to pociągneliśmy dalej. Zakupy wyglądały w ten sposób: proszę rachunek imienny na Konstanty Maciejewicz, Warszawa, Krakowskie Przedmieście 24. Pytanie sprzedawcy : nr mieszkania? Odpowiedź: to willa, na Przedmieściu. Potem tylko z przodu dorabiało się s/y.
W okresie gierkowskim można było dostać z Almaturu przydział dewiz na rejs zagraniczny. Zmorą rozliczeń była pozycja kosztorysu pod z pozoru niewinną nazwą: Program. Chodziło o to, że nie wolno było wszystkich pieniędzy "przejeść", a trochę musiało być wydane na jakąś kulturę - niewątpliwie, żeby "odchamiać" tych żeglarzy. Niewydane pieniądze trzeba było po powrocie zwrócić. Wpisywało się więc w kosztorys jakieś muzeum, wieżę widokową albo wstęp do parku. W efekcie sprowadzało się to potem do tego, że jeden "dziwak" szedł rzeczywiście do tego muzeum, a reszta studentów-żeglarzy penetrowała okoliczne kosze na śmieci w poszukiwaniu koniecznie dzisiejszych, ale już zużytych i wyrzuconych biletów (bilety komunikacji miejskiej też się nadawały, przecież do muzeum trzeba było jakoś dojechać).
W modzie były też awarie, najlepiej jakiegoś ważnego wyposażenia, istotnego z punktu widzenia bezpieczeństwa jachtu. Pod wpływem wyższej konieczności dokonywano wtedy przesunięcia pomiędzy pozycjami kosztorysu... A w ogóle, to alkohol w całej Skandynawii był horrendalnie drogi, tak więc nierzadko śpieszyliśmy im z pomocą w tej dziedzinie, oczywiście nie za darmo.
Ciekawostki klubowe
Leszek Kosek: Jakiś czas przed rozpoczęciem budowy Konstantego Maciejewicza, Jurek Tobolewski wpadł na pomysł rejsu dookoła Półwyspu Skandynawskiego – trasa miała wieść z Gdyni przez Kattegat i Skagerrak, dookoła przylądka Nord Cap i dalej przez Kanał Białomorski z powrotem na Bałtyk. Powód do organizacji takiego rejsu – bo zawsze musiał być jakiś powód na taką okazję, choćby tylko po to, żeby dostać paszport z “S”–ką na “Wszystkie Kraje Europy”, był taki, że zamierzaliśmy gdzieś na wodach niedaleko Murmańska zwodować wieńce pamięci ku czci polskich marynarzy, którzy żeglowali w konwojach na statkach i okrętach wojennych do Murmańska z zaopatrzeniem od aliantów z USA i UK dla Armii Czerwonej podczas Drugiej Wojny Światowej. Pomysł szybko chwycił, władze ZSP zgodziły z tą inicjatywą, a Główny Zarząd Wojska Polskiego nawet udostępnił nam czarter jednego z najbardziej nowoczesnych wtedy jachtów typu Opal I z Klubu Marynarki Wojennej “Kotwica” w Gdyni.
Wszystko wydawało się być zapięte na ostatni guzik, ale pozostawała jedna tylko sprawa – pozwolenie władz radzieckich dla załogi jachtu na przejście BiełomorKanał. Po zgodę udała się wtedy do Moskwy nasza delegacja z Rady Okręgowej ZSP – no i niestety wróciła z niczym - NIET!!!! Nielzia!!! Okazało się wtedy, że nigdy to ale nigdy nie było żadnych takich konwojów do Murmańska i nie ma powodu, żeby komuś tam wodować jakieś wieńce!
Trochę nam wtedy opadły skrzydła, a Kapitan Tobol zaczął obmyślać następną wyprawę - jachtem do Sierra Leone po diamenty, ale już wtedy zaczęliśmy mysleć o własnym jachcie pełnomorskim dla WYC.
Jurek Tobolewski zmarł w 2017r. w Kanadzie, gdzie się na stare lata osiedlił. - Na zdjęciu karmi swoją faunę w Kanadzie pachnącej żywicą!
![]() |
| Tekst z okazji 20-lecia klubu dołączony do śpiewnika żeglarskiego |
---


























Komentarze
Prześlij komentarz